Komandos naprzeciw proroka

Stanęli naprzeciw siebie dwa razy. Za tym pierwszym stała potęga syryjskiej armii. Za drugim powołanie i misja otrzymane od Boga Izraela.

Reklama

Właściwie nie stoczyli żadnego pojedynku. Naaman, choć był wytrawnym wojownikiem, doznał dramatycznej słabości. Jego choroba – trąd – postawiła go nie tylko poza społecznością, ale zapewne też poza armią i wojaczką, które były jego życiem. Jak bardzo musiał się upokorzyć i jak bardzo musiał być zdeterminowany, gdy postawiono go przed dziwnym człowiekiem, niejakim Elizeuszem, który ponoć miał moc uzdrawiania...

Dla Naamana musiał być kimś godnym raczej pogardy niż posłuchu. I oto ten, ponoć prorok prawdziwego Boga, nie uczynił nad nim żadnego magicznego gestu, nie wypowiedział jakiejkolwiek tajemnej formuły, a tylko polecił, by siedem razy zanurzył się w Jordanie.

Naaman posłuchał i… został uzdrowiony. Stało się to mocą Boga, którego nie czcił ów starożytny komandos. Za tą mocą nie stał ktoś z elit ówczesnego świata, ale prosty Izraelita. I tutaj łączą się w jedno dwie reakcje: ludzka wdzięczność i akt wiary.

Naaman podczas drugiego spotkania chce wynagrodzić Elizeusza i deklaruje, że „na całej ziemi nie ma Boga poza Izraelem”. I tutaj prorok dokonuje korekty. Zespala w jedno dwie reakcje wojownika. Odmawia przyjęcia wynagrodzenia, bo gdyby wziął cokolwiek, mogłoby to zostać zrozumiane, że prorok działał swoją tajemną mocą. A Elizeusz wiedział, że tutaj działał tylko Bóg.

I w tym momencie dokonało się inne zespolenie. Oto prosty Izraelita, a w istocie prorok obdarowany szczególnym wybraniem, pokazał, że jest komandosem jedynego Boga, który Panu całego świata może przysparzać wyznawców także wśród pogan.

Naaman wrócił do ojczyzny, by tam wybudować ołtarz ofiarny – nie prorokowi, ale jego Bogu, który stał się też Panem uzdrowionego. Naaman wrócił do Syrii, której stolicą już wtedy, dwadzieścia osiem wieków temu, był Damaszek.

Miejsca te same i miasto to samo. Tam dziś od miesięcy toczy się bratobójcza wojna. Po Naamanie nie został najmniejszy ślad, choć nie do końca: zostało wspomnienie, że komandosi, żołnierze czy partyzanci niekoniecznie przynoszą pokój. Ten przynosi Bóg, ale by to się stało, trzeba pokory tamtego trędowatego komandosa.

***

Tekst czytania znajdziesz tutaj

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama