Radujcie się, zbawienie jest blisko

Garść uwag do czytań na trzecią niedzielę Adwentu roku B z cyklu „Biblijne konteksty”.

Reklama

4. Warto zauważyć

  • To oczywiste, ale dla porządku trzeba napisać: misja Jana polegała na przygotowaniu drogi Jezusowi, wskazaniu na Niego.
     
  • Nie jestem Mesjaszem, Eliaszem, prorokiem....

    Mesjasz, Pomazaniec, (po grecku Christos), czyli jakiś namaszczony przez Boga Wybraniec w oczekiwaniach Izraela miał być królem, który przywróci Izraelowi jego dawną świetność. Zgodnie z obietnicą daną najlepszemu izraelskiemu królowi, Dawidowi: „Kiedy wypełnią się twoje dni i spoczniesz obok swych przodków, wtedy wzbudzę po tobie potomka twojego, który wyjdzie z twoich wnętrzności, i utwierdzę jego królestwo. On zbuduje dom imieniu memu, a Ja utwierdzę tron jego królestwa na wieki” (2 Sm 7, 12-13).

    Obietnica ta nie jest jednoznaczna. Nie ma w niej mowy o odnowieniu ziemskiego królestwa Izraela. Tyle że tak ją rozumiano, bo raczej nikt się nie spodziewał, by to królestwo mogło być królestwem niebieskim.... Jezus, zasiadając po swoim zmartwychwstaniu „po prawicy Ojca”, czyli zostając królem w niebie, całkowicie przekracza te ziemskie oczekiwania. Ale – wracając do tekstu Ewangelii tej niedzieli – Jan za Mesjasza się nie uważa.

    Nie uważa się też za Eliasza. No nie, bo był Janem. Eliasz żył znacznie wcześniej,  w czasach podzielonego królestwa (Izrael, Juda). O co więc chodzi? Żydzi oczekiwali że prorok ten, który wedle Biblii nie zaznał śmierci, lecz został wzięty na ognistym rydwanie to nieba, powróci znów na ziemie przed przyjściem Mesjasza. Zgodnie z proroctwem Malachiasza (3, 23-24): „Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego. I skłoni serce ojców ku synom, a serce synów ku ich ojcom, abym nie przyszedł i nie poraził ziemi [izraelskiej] przekleństwem”. Jan mówi więc, że nie jest tym zapowiadanym przez Malachiasz Eliaszem. Najdziwniejsze będzie jednak to, co powie później Jezus:  „Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli” (Mt 17, 12). Uczniowie zrozumieli, że mówił tak o Janie (w. 13). Jan nie był więc Eliaszem czy nim był?

    To zaprzeczenie Jana nie jest kłamstwem, a pokorą. Oczywiście Jan jako osoba to ktoś zupełnie inny niż Eliasz. W tym sensie Jan mówi prawdę. Nie chce też jednak uchodzić za owego (symbolicznego) Eliasza który miał przygotować drogę Mesjaszowi. Nie chce, bo jest pokorny. Nie chce być uważany za kogoś ważnego. Woli mówić o sobie, że jest (ledwie) głosem... (o tym szerzej za chwilę).

    Z tego samego powodu Jan też nie uważa się też za proroka. Jezus znów powie o nim: „Po coście więc wyszli (na pustynię)? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka” (Mt 11,9). Ale choć był nawet więcej niż prorokiem, Jan nie chciał być uważany za proroka. Wolał, by patrzono na niego nie przez pryzmat tytułów, ale funkcję która pełnił, funkcję bycia głosem. zapowiadający i przygotowującym przyjście Boga.
     
  • Jan więc uważa się za głos wołającego na pustyni... To oczywiście nawiązanie to proroctwa Izajasza. Czytanego zresztą niedzielę wcześniej  (wyjaśnienie tekstu znajdziesz TUTAJ). Jan nie chcąc więc, by teraz Żydzi skoncentrowali się na nim. I mówi jednoznacznie: nadchodzi właśnie czas pociechy Izraela. Po czasie kary i smutku nadchodzi dla narodu czas wybawienia.

W tekście uderza więc pokora Jana. Wzmocniona jeszcze stwierdzeniem, że nie jest godzien temu, który po nim idzie rozwiązać rzemyka u sandałów. Wymowa całego tekstu Ewangelii tej niedzieli, wzmocniona kontekstem pierwszego i drugiego czytania, jest jednak ciut inna. Chodzi o wprowadzenie w klimat radości. Radości, że oto już nadchodzi Mesjasz. Że nadchodzi czas wybawienia.

5. W praktyce

  • Czytania tej niedzieli wzywają nas do radości. Nie tyle z powodu nadchodzących świąt, ale zbliżającego się czasu powrotu Chrystusa w chwale. Nie ma co płakać – jak powracający do Jerozolimy – że coś na tym świecie jest nie tak. Nie ma też co zbytnio starać się o jakieś trwałe struktury tego naszego przebywania na ziemi. Jesteśmy pielgrzymami. Bóg już nadchodzi. Naszym zadaniem jest być, jak Jan, głosem mającym Mu przygotować drogę. 

    Nie chodzi radość sztuczną, udawaną, wymuszoną owym wyzwaniem do radości. Ona musi się zrodzić z przeżycia, uświadomienia sobie bliskości
    Pana, który już nadchodzi, a gdy przyjdzie zaprowadzi w tym naszym bajzlowatym świecie porządek. Taka radość nie zrodzi się w sercu człowieka, któremu to oczekiwanie jest obojętne albo temu, który wręcz się nadejścia Pana boi. Do tego trzeba chyba jeszcze też mieć w miarę czyste sumienie i wiedzieć, że ten, który przyjdzie naprawdę jest naszym przyjacielem i żadnej krzywdy nie chce nam zrobić...
     
  • Być tylko ( i aż) głosem znaczy podchodzić do sprawy, jak Jan Chrzciciel, z pokorą. Pierwszy jest Jezus, my powinniśmy usuwać się w cień. Czyli bez gwiazdorstwa, skupiania ludzi wokół siebie...

    Niestety, czasem bywa inaczej. Lider tak mocno wysuwa siebie na pierwszy plan, że osobiste zbliżenie się ludzi z jego otoczenia do Boga, bez tego „pośrednictwa” w praktyce nie występuje. To oczywiście wina lidera (zwykłego wikarego  wziętego rekolekcjonisty, świeckiego animatora, bez znaczenia). Bardzo często też jednak wina jego otoczenia, które przyjmuje postawę owych niewiast, o których wspomniał kiedyś św. Paweł: ciągle się uczą a nie mogą się nauczyć. Bo uczniowi wygodnie w tej roli i nie ma zamiaru się usamodzielnić. Lider musi być przezroczysty, musi jak najszybciej usuwać się w cień.  Jego otoczenie też jednak musi pamiętać, że trzeba szybko uczyć się samodzielności. Bo lider jest przecież tylko bratem/siostrą razem z nami zmierzającym do jedynego Ojca i Mistrza...
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Autopromocja

Reklama