Jezus

Reżyser Roger Young od lat specjalizuje się w filmach kostiumowych i biblijnych. Zanim w 1999 roku nakręcił „Jezusa”, miał już na swoim koncie m.in. produkcje o Mojżeszu, Józefie, czy królu Salomonie.

Reklama

Tamte, starotestamentalne, telewizyjne ekranizacje można określić jako bardzo solidną, filmową robotę. Young i jego operator (Raffaele Mertes) do perfekcji opanowali filmowo-biblijne rzemiosło, więc ich kolejny wspólny film - o Chrystusie - zapowiadał się jako swego rodzaju wydarzenie.

Niestety, tym razem, coś poszło nie tak. Owszem, poszczególne kadry potrafią zachwycić. Świetnie skomponowane, przepiękne sfotografowane... – jako fotosy z filmu prezentują się rewelacyjnie. Szkoda tylko, że kiedy pojawiający się w nich aktorzy zaczynają przemawiać, czar pryska.

Jeszcze w trakcie seansu myślałem, że „winny” jest przede wszystkim Jeremy Sisto. Przecież to taki american boy, który kompletnie nie radzi się w roli Jezusa. Ale po czasie dotarło do mnie, że ten sam problem jest tu i z Garym Oldmanen (Piłat), i z Debrą Lessing (Maria Magdalena), i z Jacqueline Basset w roli Maryji – artystami znanymi, uznanymi, błyszczącymi w innych filmach.

W „Jezusie” wypowiadane przez nich kwestie (często przecież będące cytatami z Pisma Świętego), brzmią sztucznie. Są deklamowane bez polotu, w jakimś dziwnym, powolnym tempie, w którym zresztą toczy się cały ten film. Co ciekawe, jedyny moment, w którym coś się tu „ruszyło”, to scena, gdy jesteśmy świadkami satyrycznego, teatralnego przedstawienia w pałacu Piłata.

Po wypędzeniu kupców ze świątyni, Jerozolima huczy od plotek i opinii na ten temat, więc zabawiająca Piłata trupa aktorska postanawia zrelacjonować mu to wydarzenie w formie antycznego mini-spektaklu. Niby ma być prześmiewczo, rubasznie, a jednak gdy słyszymy głoszone przez Chrystusa prawdy (wypowiadane przez zamaskowanego aktora), brzmią one niezwykle prawdziwie. Głęboko. Wręcz poruszająco.

Ciekawym zabiegiem jest też próba uwspółcześnienia tego filmu. Otóż rozpoczyna się on sceną batalistyczną z czasów I wojny światowej, w której umierający żołnierz wzywa Chrystusa, kończy zaś ujęciem, w którym Jezus (w jeansowej koszuli) spotyka się ze współcześnie żyjącymi dziećmi i wita się z nimi tradycyjnym… „what’s up”.

Pomysły twórcy mieli. Chęci pewnie też jak najlepsze. Jednak gdybym miał wybrać, który z filmów o Chrystusie chciałby obejrzeć ponownie, bez wahania wskażę na „Jezusa z Nazaretu” Franco Zeffirellego. Mimo upływu lat to chyba wciąż najlepsza, filmowa opowieść o Zbawicielu.

***

Tekst z cyklu ABC filmu biblijnego

«« | « | 1 | » | »»

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama