Rozbitek

Okazało się, że „Bóg, którego zabił”, żyje. W spalonym słońcem Mieście Pokoju Roman Brandstaetter spotkał Tego, na którego czekały pokolenia Izraela.


Reklama

Pomyślałem o nim przed dwoma miesiącami. Jechaliśmy z żoną do Chęcin i widząc drogowskaz „Lelów”, skręciliśmy do tego miasteczka. Opowiadałem Dorocie o chasydach, którzy przyjeżdżają tu każdego roku, by przy grobie cadyka Dawida Biedermana modlić się i przez całą noc zapamiętale tańczyć. Nie miałem pojęcia, że to jest właśnie ta sobota! Miasteczko było wyludnione, uśpione, zmarznięte na kość. Na uliczkach zobaczyliśmy tłumy chasydów. Widziałem, jak modlili się w wielkim namiocie, który postawili przy budynku byłego GS-u. Szeptali modlitwy nad grobem Dawida z Lelowa, wierząc, że cadyk ma zdolność przekazania ich Temu, którego Imienia nie odważają się wymawiać. Tańczyli przez całą noc, z utęsknieniem czekając na Mesjasza, który… już przyszedł. I wtedy o nim pomyślałem. 


Nie będziemy się z tobą bawić 


Roman Brandstaetter był niezwykle wrażliwy. Nadwrażliwy. Jak to poeta. Znał doskonale rodzimą literaturę. Gdy przeczytał wiersz poety żydowskiego pochodzenia Juliana Tuwima: „i taką wielką żałobą/ będę się żalił przed Tobą, Chrystusie,/ że duch mój przed Tobą klęknie i wtedy serce mi pęknie, Chrystusie...”, nie mógł spokojnie spać. 
– Utwór ten stał się źródłem moich wczesnych niepokojów, nadziei i rozterek, gdyż utrafił w sedno duchowych poszukiwań nastoletniego podrostka, który niczego jeszcze nie rozumiał, ale wielu spraw się domyślał, wiele konfliktów przeczuwał, a jeden konflikt, dający przedsmak dalszych, bardzo gorzkich doświadczeń, nader boleśnie przeżył – opowiadał po latach.
Przez lata żył z piętnem bogobójcy. Usłyszał takie słowa jako dziecko i wyrok ten boleśnie go naznaczył. Na lekcji muzyki poznał synów nauczycielki i zaprzyjaźnił się z nimi. Wypalili fajkę pokoju, przypadli sobie do gustu. Po żmudnych i nużących lekcjach palcówek, czytania nut i powtarzania w kółko gam i oktaw zaczynało się szaleństwo, zabawa na całego. Przerwało ją jedno krótkie zdanie. Padło w czasie zabawy w polowanie. To była ich ulubiona gra (Staszek – syn nauczycielki, pseudonim „Dubeltówa”, był myśliwym, a mały Brandstaetter zającem). Pewnego dnia Staszek nie podał Romkowi ręki. „Coś się stało?” – nie rozumiał mały Brandstaetter. – „Gniewasz się na mnie?”. „Od dziś nie będziemy się z tobą bawić” – usłyszał. „Dlaczego?” – nie rozumiał chłopiec. „Bo ty zabiłeś Pana Jezusa”.


Trzęsienie ziemi? Mało powiedziane. Mały Żyd został naznaczony, zaszufladkowany, skazany. Przez lata zmagał się z tą etykietą. „Dowiedziałem się, że przyszedłem na ten świat nie tylko z piętnem grzechu pierworodnego, ale i bogobójcy – wyznawał po latach. – W niewiadomych mi okolicznościach i z niewiadomych powodów zabiłem Boga, Tego, który przybity do krzyża wisi na wschodniej, zewnętrznej ścianie katedry. Począłem zatem zastanawiać się, jak mam dotrzeć do prawdy i co mam uczynić, aby zrozumieć, kim jest Chrystus, kiedy żył, co zdziałał, kto Go naprawdę zabił, a przede wszystkim dlaczego Staszek, mój przyjaciel, właśnie mnie obarczył winą za zabójstwo. Przez tę niewiedzę nie umiałem się przebić jak przez żelazną zaporę. Pierwszym odruchem, który we mnie powstał, była pewność, że Chrystus, kimkolwiek jest, jest mi niechętny”. 


Od tłoczni oleju do tłoczni oliwy


Urodził się 3 stycznia 1906 roku. Jego dziadek Mordechaj Dawid, hebrajskojęzyczny pisarz, był właścicielem tłoczni oleju lnianego. Wiele wody musiało upłynąć w Dunajcu (Brandstaetter urodził się w Tarnowie i tu chodził do szkoły), Wiśle (w Krakowie zdał maturę, studiował filozofię i polonistykę), Sekwanie (w latach 1929–1931 przebywał na stypendium w Paryżu) i Wilejce (po wybuchu II wojny światowej przeniósł się do Wilna), by poeta odkrył prawdę o Bogu, który ratując pogrążony w ciemnościach świat, sam wymierza sobie karę.
W 1940 r. poślubił Żydówkę Tamarę Karren. W Wilnie zainteresowało się nimi NKWD, więc młoda para uciekła przez Moskwę, Iran i Irak do Jerozolimy. Tu Brandstaetter rozpoczął pracę w nasłuchu radiowym Polskiej Agencji Telegraficznej. I tu spotkał Mesjasza. 
„Ten, którego zabił”, okazał się żywym Bogiem. Głowę młodego poety rozsadzały pytania: „Kim właściwie był Jezus z Nazaretu? Czy był niewiele znaczącym nauczycielem wędrownym, a Jego postać w wymiarach mesjańskich ukształtowali dopiero uczniowie? Czy był Mesjaszem, jak twierdzi Nowy Testament, ta mała rozmiarami książeczka, którą trzymam teraz w ręce? Gdzie znaleźć ślad prawdy? W konfrontacji z groźną teraźniejszością coraz bardziej blakły książki, które dotychczas czytałem, pozostała tylko Biblia”. Brandstaetter był desperatem. Chłonął pisma Nowego Testamentu, szukał prawdy. Chciał ją poznać za każdą cenę. Doprowadziło go to do zmiany wyznania. Tamara nie zaakceptowała wyboru męża. Rozeszli się na mocy „przywileju św. Pawła” (na podstawie 1 Kor 7,12-15 możliwe jest przeprowadzenie rozwodu, gdy jeden z małżonków przyjmuje chrzest, a drugi pozostaje wyznawcą religii niechrześcijańskiej). 
Brandstaetter wyjechał do Rzymu. Tu przyjął chrzest i poślubił Reginę Wiktor, sekretarkę polskiego ambasadora. Odtąd byli nierozłączni. Zmarła w 1986 r., a autor „Kręgu biblijnego” przeżył ją o rok.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama