Sprawa miłości

Fragment Ewangelii według św. Marka mówi o bezradności Jezusa: „Nie mógł tam zdziałać żadnego cudu…” (por. Mk 6, 1–6). „Tam” – czyli gdzie? W swoim rodzinnym mieście. W Nazarecie. Wśród swoich krewnych, przyjaciół, ziomków.

Reklama

Dlaczego „nie mógł”? Co stanęło Mu na przeszkodzie w dotarciu do nich ze swoją łaską i mocą (wszechmocą!)? Co ich tak kompletnie zablokowało na Jego działanie?

Blokadą okazała się ich wiedza na Jego temat. Ich długa znajomość. Wiedzą o Nim więcej niż wszyscy inni. Znają Go od przeszło trzydziestu lat – spędzonych razem: na tych samych ulicach, w tej samej synagodze, przy tej samej bramie (w końcu Nazaret to nie jakaś wielka metropolia…). Znają Jego Matkę, pamiętają Józefa, który wprowadził Go w uprawiane przez siebie rzemiosło („cieśla”). Potrafią na zawołanie wyliczyć po imieniu wszystkich Jego kuzynów. Paradoksalnie to właśnie ta wiedza zamyka ich na Jezusa. Nie pozwala im dotrzeć do Jego tajemnicy.

A przecież – przypominał o tym Benedykt XVI w jednym ze swoich rozważań na Anioł Pański – człowieczeństwo Jezusa jest najdoskonalszym „narzędziem” objawienia Boga, najpełniej Go ukazuje. Czemuż więc mieszkańcy Nazaretu, mający daleko większą niż inni ludzie możliwość Jego poznania, okazują się niewierzący? I to w stopniu „zdumiewającym” samego Jezusa?

Do tego pytania papież dodał inne, kryjące już w sobie intuicję odpowiedzi: A dlaczego Maryja, Ta, która najpełniej ze wszystkich poznała człowieczeństwo swego Syna, nie zgorszyła się Nim? Bo wiara – odpowiedział Benedykt XVI – nie jest sprawą mocy, lecz miłości. W mieszkańcach Nazaretu ich wiedza zaowocowała pewnością siebie, pychą i samozadowoleniem. Swoją wiedzę o Jezusie uznali za wystarczającą. Dla Maryi – poznającej swego Syna z miłością – żadna wiedza na Jego temat nie była dość wystarczająca; z każdym dniem była Go coraz bardziej ciekawa i spragniona Jego poznania. Rozumiała, że to, co odkrywa (nawet w ludzkim porządku), to ciągle dopiero wierzchołek góry lodowej.

Nazaret bardzo przypomina Kościoły starej metryki – te, o których ostatni papieże z naciskiem powtarzają, że potrzebują nowej ewangelizacji. Kościoły, które łatwo wpadają w pokusę pewności siebie i fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Wiedzą o Jezusie więcej niż ktokolwiek inny – szczycą się poziomem wykładanej na wydziałach swoich uniwersytetów teologii, podkreślają dawność swojej wiary (liczonej w stu- i tysiącleciach), przełożonej na procent ochrzczonych, na sprawnie działające struktury, kolorowe tradycje, organizacje i instytucje, na które można czynić odpisy podatkowe. Wszystko to – oglądane z pewnego dystansu – wydaje się równie sprawne (mocne), co… płaskie! Skąd się bierze w naszych Kościołach niewiara? I co znaczy zewangelizować je na nowo?

*

Tekst jest fragmentem książki "Moc Słowa". Autor: bp Grzegorz Ryś. Wydawnictwo: WAM, 2016 r.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama