Wiara, która stawia na nogi

Taka wiara ma szczególną moc – leczy z grzechów. Na co czekasz?

Reklama

Na niektórych ikonach bizantyjskich pojawia się motyw człowieka przywiązanego przodem do kolumny. Nie widzi on tego wszystkiego, co ikona zwiastuje: chwały Bożej, zmartwychwstałego Chrystusa, sądu ostatecznego, aniołów, świętych, radości odkupionych. Jest wpatrzony w siebie i ma na uwadze tylko swoje sprawy. Przywiązany do swych interesów jak do słupa. Dziś mamy pokolenie head down, żyjące z głową w dół, pochylone nad smartfonem, odcinające się, prywatne. W całości oddane jest kultowi Narcyza: ja, moje życie, moja rodzina, moje dochody, moje hobby, mój długi weekend. Jedyny święty, który ich jeszcze inspiruje, to święty spokój. Tak wyglądają dzisiejsi Abrahamowie. Czasem nieco zawiedzeni, nieco przegrani, smutni.

I Bóg przemówił do Abrahama. Od tego wydarzenia zaczynają się powszechna historia zbawienia ludzkości i osobista historia zbawienia każdego z nas. Bóg wchodzi w naszą odrętwiałą niewrażliwość, stagnację, naznaczoną dobrobytem bądź rozczarowaniem. I przynagla do wyjścia „ze swej ziemi”, „z własnego domu”. Boże „wyjdź” – po hebr. lech lecha – wcale nie oznacza dobrotliwego zaproszenia do skorzystania z dogodnej promocji czy oferty Boskiego biura podróży. Oznacza nakaz, przynaglenie. Bóg niejako stawia sprawę na ostrzu noża: wyłaź, ruszaj, ratuj się. Ja cię poprowadzę bezpiecznie do celu za cenę zaufania. „By pójść tam, gdzie nie wiesz – mówił św. Jan od Krzyża – musisz podążać drogą, której nie znasz”. Oto biblijna definicja wiary.

W sercu Abrahama zabrzmiał głos Boga – osobisty, celnie nakierowany. Uderzał w jego kryzysy, dotykał najgłębszych pragnień. Wezwanie Boga stawia człowieka na nogi i popycha do drogi. Na Jego słowo. Najważniejszą świętością człowieka nie jest wcale ta, nazwijmy ją, „moralna”, polegająca na rozwijaniu cnót. Chodzi raczej o odpowiedź człowieka na niespodziewany wybór, jakiego dokonał Najwyższy. Wówczas abstrakcyjna Bozia staje się „moim Bogiem”. Biorąc na serio osobowość Boga, w konsekwencji sam czuję się bardziej „kimś”. Wielu ateistów czy agnostyków usiłuje stawiać się za wzór moralny. Zauroczeni laickością życia, kierują się własną, „laicką” teorią świętości. Można być przyzwoitym równie dobrze bez Boga. Lecz zanim ktoś stanie się moralny i religijny, wcześniej jeszcze o wiele ważniejsze jest to, czy ktoś będzie zakochany w Bogu. Można być grzesznikiem, jak cudzołożnica Magdalena, albo królem złodziei, jak Zacheusz, rozstrzygające jest jednak doświadczenie tego, że Bóg zwrócił się do mnie po imieniu. Imię nabiera wówczas nowego znaczenia, jak i całe życie wierzącego. Wiara Abrahama to nie zgoda na pewne prawdy i twierdzenia wysoce dogmatyczne, ale osobista relacja zaufania i przyjaźni z Bogiem. Taka wiara ma szczególną moc – leczy z grzechów. Na co czekasz? Wyjdź! •

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama