„Biblia mnie pożera!”

Tak powiedziała o sobie najbardziej znana popularyzatorka Pisma Świętego w Polsce, prof. Anna Świderkówna. – Na nic innego nie mam już czasu – mówi

Reklama

Urodziła się w Warszawie, w 1925 r. Oboje rodzice byli chemikami, ale nie przekazali córce wiary. Pełna pasji popularyzatorka Biblii sama w wywiadzie-rzece przeprowadzonym przez Elżbietę Przybył mówiła niedawno, że jako młoda dziewczyna nie zawsze była wierna Bogu. Ale nigdy całkowicie od Niego nie odeszła. Najwyżej, jak mówi, stawiała Go czasem do kąta. – A każde przebudzenie było jakby małym zmartwychwstaniem – podkreśla.

– Twoją karierą jest Bóg – powiedział kiedyś zmarły w ubiegłym roku mistrz duchowy Świderkówny, o. Augustyn Jankowski.

W rodzinie Anny Świderkówny tradycje religijne nie były szczególnie żywe. Rodzice matki byli protestantami. Od strony ojca rodzina była katolicka, brat stryjeczny ojca był księdzem. Poza szczególnymi okazjami rodzice nie chodzili do kościoła. Dziecięca pobożność Ani była więc zaskoczeniem dla całej rodziny. Od kiedy to było możliwe, starała się codziennie uczestniczyć w Mszy św. Po wojnie szukała stałego spowiednika. Do jesieni ub. r. był nim właśnie o. Jankowski, benedyktyn z Tyńca, wybitny biblista, redaktor naukowy Biblii Tysiąclecia.

Już jako nastolatka zaczęła się fascynować łaciną, greką, kulturą śródziemnomorską. Mając 13 lat, przeczytała z zapartym tchem „Grecję niepodległą”, książkę prof. Tadeusza Zielińskiego, światowej sławy filologa klasycznego. Zdała maturę na tajnych kompletach w szkole im. C. Zyberk-Platerówny, a w roku 1945 zaczęła studiować w stolicy filologię klasyczną. Zrobiła doktorat z papirologii, potem wyjechała na stypendium do Paryża. W roku 1986 została profesorem zwyczajnym. Jej uwielbienie starożytności już wówczas przerodziło się w fascynację Biblią.

– Bo my z niej tak naprawdę niewiele rozumiemy – podkreśla siwiuteńka, starsza pani z pogodnym uśmiechem na pooranej zmarszczkami twarzy.

Do serca wzięła sobie benedyktyńską regułę, że „bezczynność jest wrogiem duszy”. Autorce kilkudziesięciu publikacji, w tym licznych książek popularnonaukowych o Biblii, z wykształcenia filologowi klasycznemu oraz historykowi kultury greckiego świata antyku, udało się do Biblii przyciągnąć pokolenia młodszych i starszych. Sama Pismo Święte czyta codziennie, a najchętniej Księgę Izajasza i początek Księgi Rodzaju.

– Czytanie modlitewne Pisma Świętego odgrywa bardzo ważną rolę w życiu mnicha, lecz bodaj czy nie ważniejszą jeszcze w życiu chrześcijanina w świecie. W jakiejś przynajmniej mierze musi mu ono zastąpić i wspólną modlitwę brewiarzową, i kierownictwo przełożonego. Wszystko to wszakże pod jednym warunkiem, że nie będziesz próbował interpretować Słowa Bożego według własnej wygody i własnych poglądów ani też że nie będziesz kreował się samowolnie na „uczonego w Piśmie”, który poza sobą nie uznaje żadnych autorytetów – podkreśla popularyzatorka Biblii.

Książki pisze pięknym, przystępnym, i ponadkonfesyjnym językiem. Kieruje je do wszystkich, którzy chcą zrozumieć polską i europejską kulturę. Także – jak mówi sama – do ludzi niewierzących. Nadal wykłada m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, pisze książki popularyzujące Biblię i udziela się duszpastersko.Dama Zakonu Bożogrobców, która skończyła niedawno 80 lat, sprawnie posługuje się komputerem, często korzysta z komórki. Zna Pismo Święte pewnie na pamięć. Uwielbia czytać „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, z zamiłowaniem sięga po C.S. Lewisa i… powieści kryminalne, a jednocześnie często jeździ do klasztoru benedyktynów w Tyńcu. Zawsze podkreślała, że duchowo czuje się... benedyktynką.

– Żeby być uczniem św. Benedykta, potrzeba tylko jednego: takiego ustawienia całego życia, aby Bóg był w nim w każdej chwili uwielbiony przez wszystko. Otóż ta właśnie cecha duchowości benedyktyńskiej sprawia, że może nią żyć w pełni każdy człowiek, zawsze i wszędzie, także każdy świecki chrześcijanin bez względu na swój zawód, rodzaj pracy, stopień zaabsorbowania codziennymi zajęciami czy stan rodzinny – mówi Anna Świderkówna.

Była nawet w nowicjacie benedyktynek w Żarnowcu. Ale po pewnym czasie władze zakonne usunęły ją z klasztoru, gdyż stwierdziły, że nie ma powołania.

– Bóg chciał mnie tam przygotować do tej misji, którą pełnię obecnie: popularyzowania Pisma Świętego – mówi.

«« | « | 1 | » | »»

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama