W dolinie żyznego półksiężyca

Koła autobusu wybijały miarowo rytm, podskakując na nierównościach drogi prowadzącej na wschód od Aleppo. Wokół żwirowa pustynia. Dominuje kolor żółty i szaropomarańczowy. Brak zieleni. Krajobraz monotonny.

Większość osób drzemała. Mnie kołysanie autobusu skłaniało do zadumy i refleksji. To już połowa kolejnej - filmowej wyprawy na Bliski Wschód. Minęło zaledwie kilkanaście dni, a tyle zdążyło się wydarzyć; tyle przeżyć i niecodziennych wzruszeń. Wyjazd do Bejrutu do końca był niepewny. Przez wiele lat było tam „gorąco” i ostatnio - po krótkim okresie względnego spokoju - znowu wzrosło napięcie między Izraelem i Syrią, co bezpośrednio odbija się na Libanie, na który ponownie mogą spaść pociski...

Kilka osób zaproszonych do wyjazdu rezygnuje. Wyruszam więc sam. I... odwaga zostaje nagrodzona! Bejrut (jak i cały Liban) okazuje się miejscem bardzo spokojnym. Zachwyca swym położeniem na wzgórzach ciągnących się wzdłuż wybrzeży Morza Sródziemnego. Libańczycy należą do ludzi miłych i bardzo przyjaznych, wręcz przyjacielskich. No i te zabytki - wskazujące na świetność dawnych Fenicjan - zgromadzone na niewielkim terenie.
Liban zamieszkują 4 mln ludności na obszarze równym jednej trzydziestej powierzchni Polski.


* * *
Tajemnicze groty Jeitta, niedaleko Bejrutu, zachwycają swą monumentalnością i nieskażonym pięknem, podobnie jak i te położone w Dolinie Kadisha. Przykuwa uwagę wspaniały, słynny na cały świat rezerwat cedrów, które kiedyś pokrywały cały kraj, a teraz zachowały się jedynie w okolicach Bcharre. Niektóre z drzew mają 1500-letnią metrykę.

Wreszcie Baalbeck - jeden z najwspanialszych zabytków rzymskich na Bliskim Wschodzie - ze swoim pompatycznym wejściem, sześciokątnym dziedzińcem, świątynią Wenus i 22-metrowymi kolumnami, stanowiącymi pozostałość po świątyni Jowisza, i zachowaną w doskonałym stanie świątynią Bacchusa. Ten monumentalny akropol budzi podziw dla mistrzostwa budowniczych sprzed prawie 2 tysięcy lat.


* * *
Pobyt w Libanie przedłużył się - i to nie tylko za sprawą wspaniałych zabytków. Zostałem bowiem zaproszony na niedzielne nabożeństwo w ormiańskiej katedrze ortodoksyjnej w Antylias pod Bejrutem. Msza była bardzo uroczysta; sprawował ją sam zwierzchnik Kościoła ormiańskiego - katolikos Aram I. Skrzętnie skorzystałem z zaproszenia do Pałacu Patriarchatu. Aram I mówił między innymi o martyrologii Ormian - tak w dawnych czasach, jak i w XX wieku. Na koniec przesłał Polakom pełne ekumenicznego ducha życzenia: wzajemnego poszanowania, zrozumienia, a także przyjaźni i współdziałania między chrześcijanami różnych obrządków, gdyż - jak powiedział - „tyle mamy wspólnego, a tak mało nas dzieli”.


* * *
Potem przyszła kolej na starożytne miejscowości północnej Syrii. Aleppo, zwane przez miejscowych Haleb. Mówi się, że Abraham zatrzymywał się na tutejszym akropolu, który już długo przed nim służył jako fundament fortecy. Już bowiem w trzecim tysiącleciu przed Chrystusem Aleppo było kwitnącym miastem o strategicznym znaczeniu, przez które przechodziły drogi handlowe z Mezopotamii do Egiptu. W X wieku, w okresie Abasydów i Omajadów, Aleppo stało się stolicą północnej Syrii. Wtedy też miasto przeżywało swój największy rozkwit. Za rządów Sayf al. Dawla zbudowana została słynna cytadela. Otaczała ją ze wszystkich stron fosa szeroka na 30 m i głęboka na 20 m. Do cytadeli prowadziła droga przez most i ufortyfikowaną bramę, stanowiąca wspaniały przykład arabskiej architektury wojskowej.

Około 40 km na południe od Aleppo znajduje się Ebla - Tell Mardikh. Miejsce to, odkryte niedawno, bo w 1974 r., było kiedyś ośrodkiem starej syryjskiej cywilizacji, ważnym królestwem. Miasto rozkwitało na przełomie trzeciego i drugiego tysiąclecia przed Chrystusem. Jak pokazują badania archeologiczne w XXV stuleciu przed Chr. pobudowano tu między innymi pałac wraz z biblioteką, która zawierała 17 tys. glinianych tabliczek. Tabliczki te stanowią pierwsze w Syrii pisane dokumenty. Między nimi znajdował się pierwszy w świecie dwujęzyczny słownik.
20 km od Aleppo znajduje się inne bardzo ciekawe miejsce - Qalaat Samaan. Związane jest z życiem św. Szymona zwanego Słupnikiem. Ten pasterz z Syrii, żyjący w V wieku, miał w nocy widzenie i wstąpił do zakonu. Jednak życie zakonne wydało mu się za mało ascetyczne i postanowił, że będzie dalej żył i modlił się na 3-metrowym słupie. Tak się też stało i aż do swojej śmierci - przez 42 lata Szymon żył w szałasach na słupach, z których najwyższy miał 15 m wysokości. Zewsząd przychodzili do niego ludzie, prosząc o radę i modlitwę. Po jego śmierci miejsce stało się na tyle sławne, że wybudowano tam olbrzymi kościół, którego centrum zajął słup św. Szymona. Architekturę kościoła można podziwiać także dzisiaj, choć uległ on częściowemu zniszczeniu przez trzęsienie ziemi.


* * *
Autobus dotarł wreszcie do miejsca swego przeznaczenia - miasta Deir Ez-Zor nad Eufratem.

Śpiew muezina obudził mnie wczesnym rankiem. Niedaleko hotelu stał meczet; ale miasto znane jest ze swej tolerancji religijnej. Widać to po strojach i zachowaniu spotykanych na ulicach ludzi, zwłaszcza kobiet. Miasto ma pół miliona mieszkańców. Chcę jak najszybciej zobaczyć Eufrat - cel mojej podróży. Tyle o nim słyszałem i czytałem. Wychowałem się na opowiadaniach o tej wspaniałej rzece, skąd - przed wiekami - przyszła do nas cywilizacja. Ojciec dużo nam czytał o Mezopotamii; o wędrówkach Abrahama; o starszych i nowszych wykopaliskach. Zawsze żywo interesował się historią tego terenu i zamiłowania te starał się przekazać swoim synom. I wreszcie, po latach, na końcu ulicy Nissan jawi się długo oczekiwany Al. Furat - jak nazywają rzekę miejscowi. Rozlewa się szeroko, tworząc małe wysepki porosłe trzciną. Podziwiam rzekę z rozpiętego nad nią wiszącego mostu, tzw. Suspension Bridge, o którym z dumą mówią mieszkańcy miasta, przypominając, że został zbudowany już w 1931 roku i że ma długość 500 m. Patrzę na majestatycznie przepływające wody i mam wrażenie, jakby czas się zatrzymał...


* * *
125 km na południe od Deir Ez-Zor i 6 km na pn.-zach. od Abu Kemal, miasta granicznego z Irakiem, leży Tell Hariri - wzgórze zawierające ruiny dawnej stolicy królestwa Mari. Odkrycia tego miejsca dokonano stosunkowo niedawno. Latem 1933 roku oficer francuskiego garnizonu wojskowego por. Cabane dowiaduje się, że miejscowi Arabowie, chowając zmarłego, natknęli się na kamienny posąg. Niczego nie przeczuwając, porucznik sporządza dokładny raport. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy po pewnym czasie przyjeżdża z Francji grupa ekspertów, której przewodniczy znany archeolog, prof. Andre Parrot.

23 stycznia 1934 roku pracującym na Tell Hariri archeologom wyłania się z gruzu mała tabliczka zapisana pismem klinowym. W głuchej ciszy prof. Parrot tłumaczy słowo za słowem: „Jestem Lamgi-Mari... król z Mari... wielki Issakku... który swój... posąg... Isztar... składa w darze”. Chwila jest niesamowita. Takie rzeczy zdarzają się niezwykle rzadko. To jakby dawny władca witał przybyszów, wskazując im drogę do swego królestwa, którego okazałości uczeni nawet się nie domyślają.

Rzadko kiedy wykopaliska ukoronowane zostają na wstępie takim znaleziskiem. Prace nabierają tempa. Archeolodzy już wiedzą, że odkopują - jak z pewnego tekstu wynikało - miasto dziesiątej dynastii po potopie. Z ziemi wyłania się powoli wspaniały pałac królewski. Jak pisze prof. Parrot: „Odkryliśmy już sześćdziesiąt dziewięć sal i dziedzińców. Końca jeszcze nie widać”. Prace trwają do 1939 roku. Sal i dziedzińców przybywa. Ostatecznie jest ich dwieście sześćdziesiąt!

Ta olbrzymia budowla z trzeciego tysiąclecia przed Chrystusem zajmuje kilka hektarów. Widok majestatycznych ruin robi duże wrażenie. Część z nich, dla ochrony, pokryta została przezroczystym dachem. Kiedy się przejdzie przez jedyną, północną bramę, wchodzi się do labiryntu dziedzińców i korytarzy, by wreszcie stanąć na wielkim dziedzińcu. W sąsiedniej sali audiencyjnej, która pomieścić mogła setki osób, władca przyjmował poselstwa oraz swych urzędników. Dalej mieściły się apartamenty króla, jego sekretarzy, ministrów, rządców. Jedno skrzydło pałacu przeznaczone było wyłącznie na ceremonie religijne. Kraj był dobrze zorganizowany i miał opracowany niezwykle sprawny system komunikacji i przekazywania informacji.

W sumie znaleziono około 25 tys. tabliczek glinianych pokrytych pismem klinowym, które informują o różnych dziedzinach życia dworu i państwa. Znalezisko jest epokowe. I byłoby jeszcze znaczniejsze, gdyby nie babiloński król Hammurabi, którego wojska ok. 1700 roku przed Chrystusem podbiły państwo Mari i zburzyły wielką metropolię.

Wśród zapisanych tabliczek znaleziono również takie, które potwierdzają dobrze znane imiona z historii biblijnej: „... I żył Terach siedemdziesiąt lat i zrodził Abrama, Nachora i Harana” (Rdz 11, 26). Imiona przodków Abrahama wyłaniają się z pomroki dziejów jako nazwy miast w pn.-zach. Mezopotamii. W jej środku, na nizinie Aram, leżało miasto Haran, które w drugim tysiącleciu przed Chr. przeżywało swój rozkwit. Stąd to właśnie wyruszył Abraham w daleką, liczącą ponad 1000 km, drogę do ziemi Kanaan. W ten sposób ojczyzna ojca patriarchów Abrahama, ojczyzna ludu izraelskiego pojawia się po raz pierwszy we współczesnych mu tekstach historycznych.

 

(za: Gość Niedzielny Nr 16/2003)

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Autopromocja