Meditatio. Co Bóg mówi do mnie?

Uważna lektura (lectio) prowadzi do odczytania Słowa na poziomie mojego życia. Sednem medytacji jest pokorne odkrywanie, jak widzi mnie Bóg, czyli prawdy o mnie.

Reklama

W naszym adwentowym cyklu idziemy droga lectio divina, modlitewnego czytania Biblii, wypracowanego w monastycznej tradycji Kościoła. Po etapie lectio, czyli uważnego czytania, w którym szukaliśmy obiektywnego sensu tekstu, przychodzi czas na kolejny krok – meditatio. Idziemy wgłąb. Stawiamy sobie pytanie: Co Bóg przez te słowa mówi do mnie? Akcent pada tu na „do mnie”, czyli na bardzo osobiste odniesienie słów Bożej prawdy do mojego życia.

Zjedz tę księgę!
Biblijnym wzorem postawy medytacji jest Maryja. Po słowach anioła w scenie zwiastowania „rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie” (Łk 1“,29”•). WApokalipsie św. Jana głos z nieba wydaje polecenie: „Idź, weź księgę otwartą w ręce anioła (…). Weź i połknij ją” (10,8-9). Obraz spożywania Słowa oddaje to, o co chodzi w czasie medytacji. Słowo Boga ma przeniknąć moje życie, mam je przetrawić na duchowy pokarm. O ile w lectio konieczna jest praca umysłu, o tyle w meditatio Słowo powinno być czytane, smakowane sercem. Przy czym przez „serce” rozumiemy nie tyle siedlisko uczuć, co raczej duchowe centrum człowieka, miejsce podejmowania decyzji, doświadczenia wolności i odpowiedzialności. Przejście od umysłu do serca to bardzo istotny krok. Umysł ma tendencję do bycia autonomicznym, potrafi „produkować” wzniosłe refleksje całkowicie oderwane od życia, a nawet dorabiać teorię do złego postępowania. Dlatego Słowo musi koniecznie dotrzeć do serca.

Mrówka i pszczoła
Medytacja składa się z trzech części, pierwszą fazę porównać można do pracy mrówki. Chodzi o mozolne zbieranie poszczególnych słów, zdań. To trochę jak układanie puzzli lub kamyczków mozaiki. Można pomagać sobie kluczowym słowem danego tekstu, które odnaleźliśmy w lectio. Warto to czynić samodzielnie, czyli odłożyć już w tym momencie komentarze czy odkrycia innych osób. Bóg mówi teraz do mnie! Kto stawia pierwsze kroki w medytacji, temu będzie trudniej. Potrzebna tu jest ogromna pokora i cierpliwość. Nieraz jakieś jedno słowo wywoła poruszenie, trąci jakąś strunę w moim wnętrzu, dotknie czegoś we mnie, jakiejś starej historii, jakiejś rany. Takie momenty są bezcenne, ale nie da się ich wymusić. Trzeba trwać w postawie: „mów Panie, bo sługa Twój słucha”.
Drugi etap meditatio jest porównywany do pracy pszczoły. Aby powstał miód, pszczoła musi zebrać pyłek z kwiatów, a potem poddać go działaniu własnych enzymów. Słowo zebrane w pierwszej fazie medytacji musi zostać przetrawione przez moje „enzymy”, czyli moje życie (smutki, lęki, zmęczenie, miłość, radość itd.). Słowo świętego Boga przychodzi do słabego człowieka uwikłanego w grzech, rozproszonego, chwiejnego, chorego. Dlatego nie ma się co dziwić, że nie przeżywamy ekstazy, że chce nam się bardziej spać, niż lewitować. Jest w nas wiele złych słów, które nas dotknęły, podcięły skrzydła, zraniły. Krążą w nas także złe słowa czy myśli, które kierujemy ku innym. Mnisi zalecali, aby powtarzać jakieś jedno Słowo z Biblii wielokrotnie, np. „Pokój wam”, „Nie bój się” itd. W ten sposób słowo Boga oczyszcza nasz umysł i serce ze złych słów.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama