Pasja według Ducha

Szymon Babuchowski

dodane 27.04.2015 09:00

To film zrobiony przez Ducha Świętego – twierdzi Pietro Sarubbi, odtwórca roli Barabasza w „Pasji” Mela Gibsona.

Jezus (James Caviezel) i Barabasz (Pietro Sarubbi) przed Piłatem – scena z filmu „Pasja” Mela Gibsona ITAR-TASS/ Central Partnership/forum Jezus (James Caviezel) i Barabasz (Pietro Sarubbi) przed Piłatem – scena z filmu „Pasja” Mela Gibsona

To rzeczywiście nie jest zwykły film. Oglądając go, czujemy, że uczestniczymy w misterium, które rozegrało się dwa tysiące lat temu na Golgocie. Bo też i taki cel towarzyszył twórcom „Pasji”. By przybliżyć nas do tamtych wydarzeń, zadbali o maksymalny realizm swego dzieła, pilnując przy tym, by samej pracy nad filmem nadać duchowy wymiar. Owoce tego działania są widoczne do dziś.

Duch okrucieństwa?

Co ciekawe, kiedy obraz wchodził do kin w 2004 r., wzbudzał wiele kontrowersji. Protestowały nie tylko środowiska żydowskie, dopatrujące się w filmie treści obwiniających Żydów za śmierć Chrystusa. Przede wszystkim wśród samych katolików toczyła się gorąca dyskusja, w której najcięższe zarzuty dotyczyły przemocy przedstawianej na ekranie. W debacie zorganizowanej w Krakowie przez redakcję „Tygodnika Powszechnego” po przedpremierowym pokazie ks. Adam Boniecki stwierdził, że „Pasja” jest przesycona duchem okrucieństwa. Współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów oceniał: „Dosłowne sceny tortur są religijnym kiczem. Można tylko pytać, czy będzie to służyło dobrym, czy też złym celom. (…) Ci źli są przedstawieni jako takie kanalie, że jakiekolwiek dobre uczucia wobec nich nie mają sensu”. Jeszcze ostrzej zabrzmiał wówczas głos Agnieszki Holland: „Potworne, bezmyślne okrucieństwo na ekranie i ukazywanie Chrystusa jako skrwawionego pulpetu dowodzi, że ten film ma tyle wspólnego z Ewangelią, co Osama bin Laden z Koranem. Jestem przerażona”.

Nie przeszkodziło to wcale filmowi Mela Gibsona bić rekordów popularności. I to wcale nie wśród widzów szukających na ekranie przemocy. Przeciwnie, „Pasja” weszła na stałe do repertuaru rozmaitych rekolekcji, stała się klasycznym obrazem filmowym przedstawiającym mękę Pańską. W Polsce obraz obejrzało ok. 3,5 miliona widzów. Czas pokazał, jak bardzo chybione były uwagi zarzucające reżyserowi epatowanie okrucieństwem dla samego okrucieństwa. Owszem, niektóre drastyczne sceny, takie jak ta, w której kruk wydziobuje oko jednemu z łotrów wiszących na krzyżu, można było sobie darować. Jednak już chociażby scena biczowania, również bardzo brutalna, unaoczniała po prostu, jak było naprawdę. Oczyszczała religijną wyobraźnię właśnie z kiczu, przesłaniającego często prawdę o cierpieniu Chrystusa.

Maksimum realizmu

Scenariusz do filmu „Pasja” powstał na podstawie Biblii oraz wizji bł. Anny Katarzyny Emmerich. XIX-wieczna niemiecka mistyczka, córka ubogich rolników, otrzymała dar uczestniczenia w drodze krzyżowej Pana Jezusa. Jej widzenia, spisane przez Klemensa Brentano, wprawiły w zdumienie wielu uczonych. Ta niewykształcona zakonnica z niezwykłą dokładnością opisywała bowiem miasta i osiedla Palestyny z czasów Jezusa, ukazywała ówczesną kulturę i obyczaje, przedstawiała fakty potwierdzone, jak się później okazywało, przez historyków. Czytelnik tych zapisków czuł się wręcz świadkiem opisywanych wydarzeń. Nic więc dziwnego, że to właśnie po ten materiał postanowił sięgnąć Mel Gibson, kręcąc filmowe dzieło swojego życia.

Aby jeszcze bardziej urealnić przedstawianą na ekranie historię męki Pańskiej, w filmie wykorzystano języki, którymi ludzie porozumiewali się w czasach Chrystusa: łaciński i aramejski. Przy czym mowa używana w filmie przez Jezusa i pozostałych Żydów różni się znacznie od syryjskiej odmiany aramejskiego, używanej do dziś przez część chrześcijan w Iraku i na Bliskim Wschodzie. Lista dialogowa zawiera bowiem dialekt zbliżony do tego, którym posługują się wierni Kościołów chaldejskiego i asyryjskiego w Stanach Zjednoczonych. Wersję aramejskiego, którym hipotetycznie mówił Jezus, opracował William Fulco, specjalista z Loyola Marymount University w Los Angeles.

Piorunem w parasol

Najważniejszym jednak wyzwaniem dla Mela Gibsona stało się znalezienie aktora, który udźwignąłby rolę Jezusa – ukazał osiągniętą przez Niego pełnię człowieczeństwa, a jednocześnie pozwolił widzom dostrzec w Nim Boga. Wybór padł na Jamesa Caviezela, znanego wcześniej m.in. z „Cienkiej czerwonej linii” i „Hrabiego Monte Christo”. Przykuł on uwagę reżysera przenikliwym wzrokiem i szczerym wyrazem twarzy. Aktor był onieśmielony propozycją, ale postanowił podjąć wyzwanie, które spadło na niego w momencie, gdy obchodził akurat 33. urodziny. Caviezel, praktykujący katolik, potraktował to jako znak.

Realistyczna konwencja przyjęta przez Gibsona sprawiła, że odtwórca roli Jezusa musiał niejako brać udział w męce samego Pana. „Dzień po dniu byłem opluwany, bity, chłostany, zmuszany do niesienia ciężkiego krzyża w przenikliwym chłodzie. To było brutalne doświadczenie, aż brak słów, by je opisać. Jednak mimo to warto było zagrać tę rolę” – twierdzi aktor.

Kręcenie scen ukrzyżowania trwało ponad dwa tygodnie. Krzyż, który nosił Caviezel, ważył ponad 50 kilogramów, co stanowi połowę wagi prawdziwego krzyża. Aby podołać zadaniu, aktor trenował, wytrzymując 10 minut w przysiadzie przy ścianie i podnosząc ciężary dla wzmocnienia pleców. Doświadczył przy tym wielu cierpień fizycznych, takich jak zapalenie płuc, wypadnięcie barku czy liczne zranienia. Na planie miało też miejsce niezwykłe zdarzenie: piorun trafił w parasol, pod którym stał odtwórca roli Jezusa wraz z asystentem reżysera. Na szczęście żadnemu z panów nic groźnego się nie stało.

On był Jezusem

Jednak największym wyzwaniem okazało się duchowe przygotowanie. „Myślałem, że jestem tylko aktorem grającym swoją rolę, ale potem zdałem sobie sprawę, że to nie może być po prostu kolejna rola. Nie sądziłem, że tyle będę musiał się modlić, by utrzymać właściwą perspektywę” – opowiada James Caviezel. Z kolei Maia Morgenstern, odtwórczyni roli Maryi, matki Jezusa, aby lepiej utożsamić się ze swoją postacią, przeczytała scenariusz ponad 200 razy. Wejściu w rolę sprzyjał fakt, że sama była wówczas w ciąży.

Caveziel przyznaje, że praca nad „Pasją” zmieniła jego życie. Jednak przystępując do pracy, nie przypuszczał zapewne, że on sam stanie się impulsem przemiany kolegi z planu. Pietro Sarubbi, odtwórca roli Barabasza, opowiadał dziennikarzowi GN Marcinowi Jakimowiczowi, że w spojrzeniu Caviezela dostrzegł samego Jezusa: – Przymykałem oczy i widziałem nieustannie oczy Jezusa, które zadawały mi pytanie. Nie rozumiałem tego pytania. Nie, to nie mogło być spojrzenie aktora. Znam Caviezela od dawna, patrzyłem na niego wiele razy. Tym razem w jego oczach musiały zalśnić oczy samego Jezusa. On w tym momencie był Jezusem. Nie, nie dlatego, że na czas zdjęć rzucił palenie i picie. Był Jezusem! Oczekiwałem, że zobaczę przerażone oczy zdesperowanego człowieka, który idzie na śmierć. Myślałem, że spojrzę w twarz osoby wściekłej na mnie i pomstującej na niesprawiedliwość tego świata. Spotkałem spojrzenie pełne miłości. W tym spojrzeniu nie było niepokoju. Ta scena miała trwać kilka sekund, a ja patrzyłem w te spokojne, umęczone oczy ponad minutę. I, o dziwo, nikomu z ekipy filmowej to nie przeszkadzało! Gdy spuściłem wzrok, Mel Gibson krzyknął: „To jest to! O to mi chodziło!”.

Stokrotny plon

Przed zagraniem w „Pasji” Sarubbi był niespokojnym duchem, globtroterem wędrującym po wysokich górach i pustyniach. Trzy lata spędził w Indiach, rok w Tybecie, poszukując odpowiedzi na najważniejsze pytania. Jednak znalazł je – jak sam przyznaje – dopiero w Jezusie. Po 15 latach związku zawarł ślub kościelny, choć wcześniej był przekonany, że jego wybranka wcale nie będzie tego chciała. Dziś aktor jeździ po szkołach i mówi młodzieży o miłości Boga. Opowiada też o tym, że w młodości był chuliganem wychowywanym przez ulicę, który doprowadzał matkę do łez, trafiając do ośrodków dla trudnej młodzieży. „Nie opowiadam tego jako kaznodzieja, ale były rzezimieszek, bandzior, alkoholik. Zbieram – jak zapowiedział Jezus – stokrotny plon. Ale jeśli to zboże zatrzymam jedynie dla siebie, ono zgnije. Muszę je rozdać!” – mówi.

To niejedyny przypadek nawrócenia na planie „Pasji”. James Caviezel wspomina, że jeden z aktorów, którzy odgrywali rolę strażników biczujących Jezusa, był muzułmaninem. Scena biczowania była dla niego tak mocnym przeżyciem, że pod jej wpływem przeszedł na chrześcijaństwo. Sam odtwórca głównej roli po jej odegraniu przez długie lata miał problem z otrzymaniem pracy w Hollywood. „Zniszczyła mi karierę, ale nie żałuję jej przyjęcia. Przeciwnie, była to dla mnie okazja wzmocnienia wiary” – wyznaje.

Gwóźdź w ręce Gibsona

Mimo wielu przypadków pozytywnego oddziaływania sceptycy kontrargumentują, że Mel Gibson po nakręceniu filmu wpadł po uszy w grzech. Tym wymowniejszy wydaje się fakt, że ręka wbijająca w „Pasji” gwoździe w dłonie Jezusa należy do samego reżysera.

Pietro Sarubbi postrzega upadek Gibsona w kontekście walki duchowej toczącej się wokół filmu. Bo – jak twierdzi – po tym filmie wielu ludzi wróciło do Boga. – Ktoś widocznie bardzo się na to wściekł. I zaatakował tego, kto stał na pierwszej linii frontu – reżysera – podkreśla aktor, który absolutnie nie gorszy się grzechami Gibsona: – Gdybym ja wpadł w narkotyki i alkohol, pobiegłbym z tym do przyjaciół. Mel nie ma przyjaciół. Opowiadał mi: „Był czas, gdy co druga osoba chciała być moim przyjacielem, co druga kobieta kochanką, wszyscy chcieli mnie czymś obdarować. Zagubiłem się. Miałem wszystko i… nie miałem żadnych pragnień! Nie tęskniłem już kompletnie za niczym. Żyłem w klatce ze złota. Wiedziałem, że ludzi nie interesowała moja osoba, ale sława i pieniądze” – opowiadał rozżalony. Wpadł w grzech, głęboką depresję. I – jak sam wspominał – pomysł na „Pasję” zaczął kiełkować w jego głowie właśnie w tym koszmarnym czasie. To był film zrobiony przez Ducha Świętego. Nie mam wątpliwości. Bóg posłużył się, jak zwykle, nami – słabeuszami, grzesznikami. Byliśmy tylko narzędziami. On zawsze wybiera grzeszników!”.

***

Tekst z cyklu ABC filmu biblijnego oraz Filmy wszech czasów

Tagi:
BIBLIA, FILM, KINO, KULTURA,