Bibliotekarz III: Klątwa kielicha Judasza

Piotr Drzyzga

dodane 08.10.2018 11:14

Właściwie tytuł tego filmu mówi nam już wszystko. Biblijny wątek apostoła-zdrajcy rozwinięty został tu w tak absurdalny sposób, że - jak pisał przed laty Zygmunt Kałużyński – „ręce i spodnie opadają”…

Bibliotekarz III: Klątwa kielicha Judasza mat. prasowy

Marna, telewizyjna podróbka Indiany Jonesa. Tym właśnie jest seria filmów przygodowych o safandułowatym bibliotekarzu, w którego wciela się Noah Wyle.

Scenarzyści tego cyklu od pierwszej jego części z lubością sięgają po biblijne wątki i postacie. Najpierw mieliśmy więc film o włóczni, którą rzymski legionista przebił bok wiszącego na krzyżu Chrystusa, później był król Salomon i jego legendarne kopalnie, na końcu zaś pojawił się Judasz. Rzecz jasna jako wampir, bo przecież w filmie o Bibliotekarzu inaczej być nie może…

Niby słyszymy tu o zdradzie Judasza, pocałunku, trzydziestu srebrnikach i jego samobójstwie, jednak scenarzystów nie interesuje ukazanie dramatu tego tragicznego apostoła. Wolą na komiksową modłę maksymalnie uatrakcyjnić ten nowotestamentalny wątek, a robią to w następujący sposób: opowiadają nam rzekomą, starochrześcijańską legendę, zgodnie z którą Judasz po swej samobójczej śmierci został skazany przez Boga na wieczną tułaczkę. Tym samym miał stać się pierwszym z wampirów. Z jego przetopionych srebrników odlany został natomiast kielich, który zaczął służyć za naczynie wskrzeszające inne wampiry. W XXI wieku ów artefakt próbuje odnaleźć były agent KGB, który wraz z Drakulą planuje stworzyć armię wampirów i odbudować potęgę Związku Radzieckiego.

W popkulturze zdarzają się różne rzeczy. Mieszanie i przeinaczanie pradawnych historii to nic nowego. Czasem ma to nawet swój urok. Warunek jest jednak jeden: takie sensacyjne zmyślenie musi być podane w atrakcyjnej, umownej formie. Niestety, w przypadku „Klątwy kielicha Judasza” widzowie mogą zapomnieć o polocie, lekkości i wciągającej historii. Tu wszystko jest kiepsko zagrane (Noah Wyle głównie się wydurnia), od topornych efektów specjalnych bolą oczy, a rozbrzmiewająca w tle muzyczka z syntezatora, to jakaś kompozytorska katastrofa.  

Nie ma sensu więcej pisać na temat tej produkcji. Nie warto jej też oglądać. Lepiej sięgnąć po jakiś inny, biblijny „judaszowy” film. Chociażby po nakręcony w 2004 roku obraz w reżyserii Charlesa Roberta Carnera (więcej na temat tej godnej polecenia produkcji przeczytają Państwo tutaj).

*

Tekst z cyklu ABC filmu biblijnego