Światło w ciemności

ks. Robert Skrzypczak

dodane 15.06.2019 06:00

Jesteśmy jako ludzie istotami światłolubnymi, bo pochodzimy od Tego, który wcześniej, zanim powiedział: „Niech się stanie człowiek”, rzekł: „Niech się stanie światło!”.

Światło w ciemności HENRYK PRZONDZIONO / Foto Gość Kto wierzy, widzi więcej. Widzi przede wszystkim miłość Boga do siebie...

Nikt sobie nie radzi dobrze z ciemnościami. Jesteśmy jako ludzie istotami światłolubnymi, bo pochodzimy od Tego, który wcześniej, zanim powiedział: „Niech się stanie człowiek”, rzekł: „Niech się stanie światło!”. Przekonałem się o tym w Finlandii, pod kołem biegunowym, gdzie przez pół roku panuje polarna noc. Cały dzień świecą się lampy w domach i latarnie na ulicach. Ludzie wpadają w depresje, sięgają po słodycze lub alkohol, a potem chodzą na terapię. Mrok nie jest środowiskiem życia. Symbolizuje raczej smutek, zło, śmierć. Budzi lęk. Wielu zaznało dziecięcego lęku ciemności, jak mały Dolindo Ruotolo, którego ojciec, zwolennik sadystycznych metod wychowawczych, za małe przewinienia zamykał w mrocznej komórce. „Miałem osiem lub dziewięć lat – pisał – i pamiętam, że na pryczy wojskowej (bo nie było łóżka) oddawałem się w opiekę Panu i powierzałem w Jego ręce, przerażony ciemnościami i kotem, który wskakiwał na moje posłanie, by igrać ze szczurami”.

Prorok Izajasz mówi: „Ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy”. To już nie epizodyczne zdarzenie czy wspomnienie przeszłości. Są rodzaje ciemności, w których możemy tkwić po uszy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Epoką obskurantyzmu, czyli ciemnoty bywają nazywane czasy średniowiecza, natomiast nowoczesność, era ludzkiego rozumu, jest dumnie określana mianem oświecenia. Mówimy, że ktoś jest zanurzony w mrokach średniowiecza, my natomiast mamy się za potomków iluminizmu, otwartych na postęp, świeckość i odmienność. I trudno powiedzieć, kto lepiej widzi, a kto daje się oślepić. Czy więcej witaminy i uroku dodaje służenie boginiom Techne i Równości, aniżeli rozpoczynanie dnia znakiem krzyża i kończenie go wraz z Te Deum laudamus? Więcej światła ma w sobie wyposażony w smartfona i reflektory ledowe wyniosły bojownik wojujący z ciemnogrodem, czy żyjący w łasce uświęcającej pustelnik recytujący psalmy pochwalne, którego cieszą gwiazdy na niebie, a martwi łza w oku dziecka?

Tymczasem „chwała Pańska rozbłyska nad tobą. Ponad tobą jaśnieje Pan. Narody pójdą do twojego światła”. Chrześcijanin nie świeci przykładem ani błyskiem swej wyższości intelektualnej, ale Chrystusem, który oświeca jego życie. Kto wierzy, widzi więcej. Widzi przede wszystkim miłość Boga do siebie. Kiedyś pewien człowiek, mający się za ateistę, wyznał mi: Jakże ja wam zazdroszczę daru wiary. Mieć światło na życie, wiedzieć, skąd się wziąłem i dokąd zmierzam, po co żyję, po co cierpię, komu służę, komu wszystko zawdzięczam – to rzeczywiście może być pociągające. Zwłaszcza że światłem tym nie jest żadna ideologia, sekta czy magiczne zaklęcia, ale Osoba kogoś, kto w mroku się narodził i z mroku śmierci wyszedł zmartwychwstały. Ten ktoś powiedział: „Kto idzie za Mną, nie chodzi w ciemnościach, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12). •