Gdzież on jest, dlaczego się spóźnia?

Marek Pietrachowicz

publikacja 24.07.2025 13:54

To prawda, że Eucharystia jest centrum życia, studnią, z której czerpiemy wodę życia, ale nie mamy jej konsumować na miejscu, tylko zanieść ją stamtąd do swoich domów i rodzin: Bóg chce działać we wnętrzu domu, to jest prawdziwa pustynia, którą chce nawodnić.

Gdzież on jest, dlaczego się spóźnia? Fragm. okładki książki "Kurs na wieczne zbawienie. Psychologiczne case sudies nie tylko dla katolików" autorstwa Marka Pietrachowicza. Wydawcą publikacji jest Fronda. mat. prasowy

I ukazał mu się Anioł Pana. »Pan jest z tobą – rzekł mu – dzielny wojowniku!«. Odpowiedział mu Gedeon: »Wybacz, panie mój! Jeżeli Pan jest z nami, skąd pochodzi to wszystko, co się nam przydarza? Gdzież są te wszystkie dziwy, o których opowiadają nam ojcowie nasi, mówiąc: „Czyż Pan nie wywiódł nas z Egiptu?”. A oto teraz Pan nas opuścił i oddał nas w ręce Madianitów«. Pan zaś zwrócił się ku niemu i rzekł do niego: »Idź z tą siłą, jaką posiadasz, i wybaw Izraela z ręki Madianitów. Czyż nie Ja ciebie posyłam?«. (Sdz 6, 12–14)

Świat zwariował (na swoim własnym punkcie) i chrześcijanie generalnie czują, że nie są już tu mile widziani – zresztą nigdy nie byli i nie będą, wedle słów Jezusa, bo należą do znacznie większej rzeczywistości. Chcieliby się stąd ewakuować i raczej nie oglądać serii porażek Kościoła w świecie, nawet w rzekomo katolickiej Polsce, a przynajmniej przerzucić wszelkie nadzieje i owoce na wieczność – do czego zdaje się namawiać ich nauka Kościoła.

Namawia, i owszem, ale z pewną zasadniczą różnicą: przerzucamy bowiem swe nadzieje i kierujemy wzrok na Raj raczej nie dla radości nieśmiertelności, nie dla wszechogarniającej nas zewsząd potęgi wieczności, ale… ze strachu i braku nadziei wobec doczesności. To znaczy, nie chcemy oglądać, jak nasze nadzieje zawodzą nas teraz, jak obracają się w niwecz nasze ewangelizacyjne plany i próby nawracania młodych, a nasza wiara niczego nam nie jest w stanie wyprosić, i dlatego jest nam stosunkowo łatwo zgodzić się na wieczność, która jest poza naszą jurysdykcją i która, jako taka, stanowi alibi dla obecnej prowizorki i szablonu, rutyny nie zdolnej nic ożywić. Odpychamy od siebie problem, przenosimy go na później, poza nasz zasięg. Wieczność i jej nie przekraczalna bariera tajemnicy pozwala nam ukryć nasze braki przed zdemaskowaniem i rozczarowaniem sobą. Nie chcemy więc nade wszystko usłyszeć pokerowego „Sprawdzam!”. Robimy dobrą minę do złej gry.

Przykład poniższy jest anonimowy, zebrany i scalony z kilku podobnych doświadczeń prawdziwych osób, które szukały pomocy u psychoterapeuty. Wszystkie imiona i szczegóły zostały zmienione.

Niezapowiedziana kartkówka z życia
Paweł z bezradnością obserwował, jak jego relacja z synami stale się pogarsza. Bojąc się być dla nich zbyt autorytarnym (to była jego słabość, jaką wyniósł z domu rodzinnego: zasadniczość, która alienowała), za bardzo poluzował domowe zasady i przestał w zasadzie kontrolować synów. Po latach, poniewczasie mu to wyrzucali, twierdząc, że czuli się osamotnieni i musieli szukać innych autorytetów – na forach internetowych. Paweł, mówiąc sobie, że Bóg jest najważniejszy i cytując formułę, że wszystko jest na właściwym miejscu, jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, po święcił się życiu religijnemu i podejmowaniu wyrzeczeń w intencji synów. Nie zrozumiał, że Pan daje mu zadanie bycia ich wychowawcą i to właśnie jego rękami ma się dokonywać to, o co się modli. To prawda, że Eucharystia jest centrum życia, studnią, z której czerpiemy wodę życia, ale nie mamy jej konsumować na miejscu, tylko zanieść ją stamtąd do swoich domów i rodzin: Bóg chce działać we wnętrzu domu, to jest prawdziwa pustynia, którą chce nawodnić.

Jesteśmy, my, katolicy, osobami „niewierzącymi praktykującymi”, tyle że mniej uczciwie niż ateiści, bo wszak publicznie wypowiadamy Credo. A tymczasem, w najmniejszym stopniu nie wierzymy w to, że możemy być kochani, że Komuś mogłoby na nas zależeć i że On chciałby dać nam cokolwiek dobrego, że mógłby naprawdę chcieć odmienić nasze życie – no chyba że po śmierci, patrz akapit wyżej. Daliśmy swoją niewiarą szlaban Bogu na miłość aż do momentu po śmierci. „Teraz to niemożliwe, Jezu. Teraz to na pewno nie zadziała. Nie w obecnym układzie”.

Naukę o tym, że Księgi Ewangelii – obietnicy Bożej – na poziomie leksykalnym nie możemy traktować literalnie, słowo w słowo, przenieśliśmy także w nieuzasadniony sposób na poziom znaczeń – i wyszło nam z tego, że obietnic Boga nie można traktować dosłownie, czyli serio! Chodzimy do kościoła i udajemy, że wszystko jest tak, jak należy, a po cichu tęsknimy za autentyczną przygodą, za czymś, co ożywi i nakarmi nasze serce. Albo żyjemy dwoma życiami: odświętnym podczas nabożeństw i zgorzkniałym bądź cynicznym zaraz po wyjściu ze świątyni. Gramy przed sobą i ludźmi, podczas gdy wewnątrz nas coś dzikiego i wolnego skowyczy, krwawi i umiera. Może tylko usypia.

I potem bardzo trudno to obudzić. Śpiący musi się obudzić! (Książę Leto Atryda, "Diuna" F. Herberta)

Tymczasem Bóg mówi: „Przyszedłem, żeby ci złożyć obietnice z pokryciem. Nie wybieraj z nich tylko tego, w co bezpiecznie jest uwierzyć i wobec czego nie musiałbyś rewidować swoich poglądów. Zagrajmy o wysoką stawkę, połóżmy na szali więcej, niż byłeś gotów zaledwie wczoraj. Sprawdźmy się już dziś. Przekonaj się co do Mnie i co do twojej prawdziwej natury”.

A my myślimy po cichu: „Tylko tego mi brakowało! Bóg, który chce coś zmieniać!”. Owszem, rozpaczliwie modlimy się o zmianę, no ale przecież nie do tego stopnia, żeby ta zmiana naprawdę nastąpiła, i to wskutek naszego trudu przebudzenia i rewizji przeświadczeń.

Bo my chcielibyśmy jedynie pociechy, ewentualnie kilku fantów, dzięki którym wybijemy się na czoło i prześlizgnie my przez życie, przeczekamy je, podczas gdy nasz Pocieszyciel, który przychodzi… – o, z Nim to zupełnie inna historia! On nam pokazuje, że pochodzimy z innego świata, i wzywa nas do niego. Obawiamy się, jak wiele rzeczy może iść lub po prostu idzie nie tak, jak trzeba, a przestaliśmy się spodziewać – zabiliśmy w sobie nadzieję – jak wiele rzeczy może pójść dobrze, o wiele lepiej, niż się przyzwyczailiśmy. Jakby te same sprawy, a jednak oczy, które na nie patrzą, są już inne, i powód, i skutek ich podjęcia – całkiem inne. Czy Syn Człowieczy, który przychodzi, aby opatrywać rany serc złamanych (Iz 61, 6), znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18, 8).

*

Powyższy tekst jest fragmentem książki "Kurs na wieczne zbawienie. Psychologiczne case studies na tylko dla katolików". Autor: Marek Pietrachowicz. Wydawnictwo FRONDA