Upominaj tylko gdy kochasz

Dziwne? Ano nie. Przecież przykazanie miłości zawsze obowiązuje, prawda?

Reklama

Michał miał w klasie nieciekawą opinię. Wiadomo było: prochu nie wymyśli. Dynamitu tym bardziej. Najwyżej może broić, choć w szkole jakichś większych problemów chyba nie sprawiał. Na lekcjach zamknięty w sobie, rzadko się odzywał. No bo i co miałby powiedzieć? Dlatego tym bardziej ceniłem każdy jego przejaw zaangażowania się w lekcję. I pewnego dnia się wypowiedział....

Całkiem sensownie i nawet mądrze. Gdyby w swoją wypowiedź nie wtrącił tego uchodzącego za ordynarne słowa na k... Klasa zamarła. Przerażony Michał też. Uśmiechnąłem się i nawiązując do sedna jego wypowiedzi ciągnąłem swoje. Po minucie nie wytrzymali. Jak to, nie będzie awantury? – dociekali. – No przecież wiadomo, że mu się wymknęło, prawda? Michał uważaj trochę, a teraz wróćmy do tematu.  

Nie wiedziałem że parę dni wcześniej z powodu podobnej, nieszczęśliwej wypowiedzi tegoż samego delikwenta inny nauczyciel zrobił niesamowitą aferę. Ale też nie widziałem powodu, by robić podobną. Michał był tak przerażony, że już samo to było dla niego aż za dużą karą. Po co miałem coś dokładać i sprawić, że na przyszłość z obawy, że znów mu się coś wymknie nie powie nic? Przecież wiedziałem, że nie chciał. Jak nie chciał pewien ministrant, który w boiskowym ferworze pochwalił księdza słowami: „ale ksiądz ku... fajną bramę strzelił”.

***

Gdy brat twój zgrzeszy (przeciw tobie) idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 18, 15-18).

Idź i upomnij. Trudne wymaganie. A muszę?

To chyba jedno z tych wskazań Jezusa, które sprawia nam dziś najwięcej problemów. Z paru co najmniej powodów. A pierwszym  z nich, choć nie najważniejszym,  to samo brzmienie tego tekstu. W tłumaczeniach pojawia się bowiem pewna znacząca różnica. Przyzwyczaiłem się do frazy „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie”. W nowszym wydaniu Tysiąclatki to „przeciw tobie” zostało jednak opuszczone. Sprawdziłem parę innych tłumaczeń. Raz jest, raz nie ma. Sięgnąłem więc do oryginału. No tak, najbardziej cenione rękopisy tego „przeciw tobie” nie mają. Jest za to  w takich, które wśród specjalistów uchodzą za mniej wierne oryginałowi.

Czy to ważne? O tyle, że Jezus nie domaga się upomnienia grzesznika tylko ze strony tych, którzy są grzechem brata bezpośrednio skrzywdzeni. Ci bywają zresztą w bardzo trudnej sytuacji, bo przecież krzywdzi zazwyczaj ten, kto jest silniejszy. Często woleliby milczeć, zejść temu, który przeciw nim zgrzeszył z oczu, by nie narazić się na jego gniew. Ale nie tylko im każe Jezus grzeszącego brata upomnieć. Raczej każdemu, kto ów grzech brata widzi.

Warto chyba jednak uzmysłowić sobie, że Jezus nauczał przed epoką mediów społecznościowych. Bratem, który grzeszy był wtedy zawsze ktoś z otoczenia chrześcijanina. To jednak był dość wąski krąg osób. Tych, z którymi uczeń Chrystusa miał jakiś realny kontakt.  Chyba ważne dla tych, którzy chcieliby poczuć się zobowiązani do upominania całego świata – wszystkich znajomych i nieznajomych....

Zarówno jednak oględność postępowania z człowiekiem, który zgrzeszył jak i fakt, iż za chwilę w tej samej mowie Jezus powie o obowiązku przebaczania wskazują, że nie w pierwszym rzędzie o obowiązek upominania tu chodzi. Raczej o to, że jeśli już chcę upomnieć brata z powodu jego grzechu, muszą zrobić to delikatnie. Najpierw w cztery oczy, by grzeszący brat mógł się ze swojego złego postępowania wycofać nie tracąc wśród bliźnich dobrego imienia. Potem w obecności paru świadków, by dać mu kolejną szansę na to, by wieść o jego złym postępowaniu zbytnio się nie rozniosła. Dopiero potem można donieść Kościołowi – całej wspólnocie, jej zwierzchnikom. I – bardzo ważne – dopiero gdy to nie przyniesie skutku ten, który zgrzeszył może mi być jak poganin albo celnik, z którym mogę nie chcieć mieć nic wspólnego.  Do tego czasu grzesznik jest moi bratem, do którego bez cienia wątpliwości powinienem odnosić się z miłością.

Dziś, gdy tak łatwo i bez żadnego kościelnego wyroku odsądzamy jedni drugich od czci i wiary, to bardzo ważne wskazanie. Ludzie uważający się za Kościół otwarty krytykują tych z Kościoła zamkniętego. Ci z Kościoła zamkniętego – kościelnych liberałów. Kościelni liberałowie – kościelnych konserwatystów. A ci znów kpią z Kościoła otwartego. I bywają dla nas nasi bracia w wierze poganami i celnikami, choć wszyscy szczerze staramy się pełnić wole Bożą, a żadnego upomnienia ani w cztery oczy, ani przy świadkach, ani wobec Kościoła nie było. Bo łatwiej rzucać klątwami niż wysłuchać, co brat ma na swoją obronę...

Jest  i druga strona tego medalu. By upomnienie – w cztery oczy, wobec świadków czy wobec Kościoła – miało sens, musi istnieć jakaś sankcja dla tego, który grzeszy. Łatwo o nią, gdy silniejszy upomina słabszego. Gdy sprawa dotyczy sobie równych albo gdy chodzi o upomnieniem większego, ważniejszego.... Jak to bywa wiemy przypominając sobie historię św. Stanisława, ośmielającego się upomnieć króla. Istnieje silna pokusa, by w takich zagryźć wargi i nie mówić nic. Po co się narażać? Zwłaszcza gdy zdania na temat tego, czy brat grzeszy czy nie są podzielone. Kogo wtedy wziąć na świadka upomnienia? Wszak możni są możnymi za Bożym przyzwoleniem. To, co w normalnych układach byłoby świństwem, w tym kontekście zdaje się zyskiwać walor realizacji Bożych planów. Absurd? Pewnie tak. Ale to też część prawdy o tym, jak wielką trudność sprawia nam dziś wierne trzymanie się nauki Jezusa....

Jakby jednak nie było, zawsze motywem dla którego chrześcijanin upomina powinna być miłość bliźniego. Nigdy chęć poniżenia bliźniego czy wystawienia go na pośmiewisko. Bo chodzi o to, by upominany porzucił grzech, naprawił go, a nie o to, by brat jak najrychlej stał się dla mnie pogardzanym celnikiem czy poganinem...

***

Magda była bardzo sympatyczną uczennicą. Jedną z tych, do której zwracając się nie trzeba było się obawiać, że się najeży i pokłuje. Życie jednak jej nie rozpieszczało. To chyba właśnie nieciekawa sytuacja w jej domu sprawiła, że kiedy się zakochała szybko go opuściła i zamieszkała ze swoim chłopakiem i jego matką.

– Mam problem z chłopakiem, chciałabym porozmawiać.

Kłopotliwe wyznanie. Jak nie zacząć od przypomnienia, że źle robi? Jak radzić, jeśli zapyta jak ten związek utrzymać?

– Ty wiesz, że nie mogę pochwalać tego, że mieszkasz z chłopakiem?
– Wiem, ale nie wiem kogo się poradzić....

Popłynęło wyznanie. O problemie tak poważnym, że wielu doświadczonych życiem byłoby zakłopotanych. Nie radziłem, bo zorientowawszy się w czym rzecz wiedziałem, że i tak zdecydować musi sama. Potwierdziłem tylko to, co i tak już przeczuwała: że stoi na niezwykle grząstkim gruncie i każdy krok naprzód grozi utonięciem.

Nie wiem jak się potem potoczyły jej losy, bo koniec roku, bo matura. Wiem, że tego dnia nad przekonywaniem do swoich racji zwyciężył szacunek do zagubionego bliźniego. A to nie byle co. Dzięki temu przecież oboje ocaliliśmy to, co nazywa się miłością bliźniego.

 

Powyższy tekst jest częścią wakacyjnego cyklu "No to się zreformujmy" o Jezusowej wizji Kościoła. W podlinkowanym tu artykule wstępnym parę słów o pomyśle i - sukcesywnie - linki do kolejnych odcinków cyklu. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama