Jak czytać Apokalipsę?

Między „nie rozumiem” a „rozumiem wszystko” jest jeszcze bardzo duża przestrzeń.

To trudna księga. Na pewno. Kościół czytaj ją jednak w liturgii. Zwłaszcza teraz, w końcówce liturgicznego roku. Księga to pełna obrazów, symboli, odniesień dla współczesnych mało czytelnych. Dlatego chyba mało rozumiana. Najlepszym tego dowodem fakt, że jej nazwa stała się synonimem (zapowiedzi) wydarzeń straszliwych, katastrof niosących powszechne zniszczenie i koniec istniejącego porządku rzeczy. A przecież to w swojej najgłębszej wymowie księga nadziei. Jest przy tym „słowem Bożym  i świadectwem Jezusa Chrystusa” – jak napisał na samym początku jej autor, umiłowany uczeń Jezusa, święty Jan (1,2). Jest więc ważna. I nie wolno nam jej lekceważyć. „Błogosławiony, kto strzeże słów proroctwa tej księgi” – doda jej autor w ostatnim  rozdziale. Jak strzec nie rozumiejąc czy nawet nie znając?

Teoretycznie najprościej byłoby wziąć do ręki jakiś mądry komentarz. Tyle że... W samej księdze tyle treści, że można się pogubić. Komentarz, owszem, pomoże. Ale... Na pewno nie można Apokalipsy ani żadnego do niej komentarza czytać jak powieści. Raczej z trzema zakładkami w ręku. By w razie potrzeby wrócić do kluczowych scen, po raz kolejny przeczytać jakieś wyjaśnienia. Zwracając też uwagę zawarte w naszych wydania Biblii nagłówki. One pomagają to wszystko usystematyzować, przypomnieć, gdzie się znajdujemy... Warto jednak by zarówno ci, którzy chcą zgłębiać treść tej księgi indywidualnie jak i zakłopotani tym, co słyszą podczas Mszy świętej pamiętali o paru prostych sprawach.

Bez strachu

Po pierwsze, choć w rozumieniu tej księgi nie najważniejsze, nie trzeba się jej bać. Apokalipsa, jak już wspomniano, to księga nadziei. Są w niej obrazy straszne, przerażające, ale nie brak w niej i obrazów jasnych, niosących nadzieję i pocieszenie; uspokajających po wybuchach straszliwego zła. To zło, mimo zwycięstwa Jezusa Chrystusa na krzyżu, ciągle w tym świecie istnieje. I będzie istnieć tak długo, jak długo ten świat będzie istnieć. Przesłaniem tej księgi jest jednak to, że nie ma już ono przyszłości. Przegrało. Może jedynie prężyć muskuły i udawać, ze coś może. Zwłaszcza że z natury swej jest głupie i nie potrafi prowadzić rozgrywek skutecznych na dłuższą metę; nie potrafi szybko nie pokazać swojej szkaradnej twarzy. Ci  jednak, którzy trzymają się Jezusa Chrystusa, nie muszą czuć się jego działaniami przytłoczeni. Wszak zostaną ocaleni. Dla nich są  –  trzymając się wizji z 21 rozdziału księgi –  „nowe niebiosa i nowa ziemia”, w których nie ma już zła (tu symbolizowanego przez morze). Dla nich jest bycie już na zawsze blisko Boga (obraz Nowego Jeruzalem, które poślubia Baranek) i obietnica, że Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu  już odtąd nie będzie,  bo pierwsze rzeczy przeminęły”; dla nich jest życie w nowym, lepszym świecie.

To się dzieje tu i teraz

Po drugie, warto pamiętać, że przedstawione w Apokalipsie św. Jana wizje niekoniecznie dotyczą przyszłości. To znaczy tak, takie też można tu znaleźć. Ot, choćby wspomnianą wyżej wizję Niebieskiego Jeruzalem, która dla nas, żyjących na tym świecie, jest jeszcze wizją przyszłości. Są też jednak wizje, które są nawiązaniem do przeszłości, ot choćby śmierci męczenników (wizja  dwóch świadków z Ap 11). Ale zasadniczo są to wizje, które dotyczą wydarzeń rozgrywających się tu i teraz. W różnoraki sposób, w całej historii czasów ostatecznych. Tak, czasów ostatecznych, bo przecież w nich właśnie, od śmierci Jezusa, ludzkość żyje. My też. A przykładem takiej wizji dotyczącej teraźniejszości wszystkich pokoleń chrześcijan, dodajmy z odniesieniem do przeszłości, niech będzie wizja niewiasty „obleczonej w słońce” z księżycem pod stopami i wieńcem z gwiazd dwunastu nad głową (Ap 12).

To dość karkołomne jak na nasze umysły przedstawienie – upraszczając – najpierw tego, że Oskarżycielowi (którym jest Smok, Wąż starodawny, który zwie się diabeł i szatan) nie udało się pokonać Jezusa. („Dziecię zostało porwane do Boga i do Jego tronu”, gdzie jest już bezpieczne). Potem pokazanie przez walkę Michała ze Smokiem i strącenie z nieba tego ostatniego autor księgi chciał powiedzieć, że zło zostało już pokonane; nie ma go już w niebie, a więc w wieczności nie będzie już miało nic do powiedzenia. Potem mamy wzmiankę o próbach zniszczenia Niewiasty – tu Kościoła. To też się diabłu nie udało. A potem mamy najbardziej  dla tu i teraz istotne:

I rozgniewał się Smok na Niewiastę,
i odszedł rozpocząć walkę z resztą jej potomstwa,
z tymi, co strzegą przykazań Boga
i mają świadectwo Jezusa.
I stanął na piasku nad brzegiem morza.

I dalej zaczyna się wizja tej walki....

To nie jest walka, która rozegra się kiedyś. To coś, co działo się wczoraj, dzieje się dziś i będzie działo się w przyszłości tak długo, jak długo nie nastąpi koniec tego świata. Smok, który wpadł w wielki gniew, nie mogąc dosięgnąć ani tego najważniejszego Potomka Niewiasty (Jezusa Chrystusa) ani jej samej, ciągle walczy z jej dziećmi. Z tymi, dodajmy, którzy są jeszcze na ziemi. Jakaś nowinka, niegodna zdrowej wiary? Skądże znowu. O tym samym pisał np. św. Paweł w liście do Efezjan. Zachęcając chrześcijan do założenia pełnej zbroi Bożej, tak wyjaśniał:

Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich.

Tak, ta walka ciągle trwa, ciągle pojawiają się nowe jej odsłony. Cel  smoka ciągle ten sam: zniszczyć potomstwo niewiasty, zniszczyć nas. Wszelkimi dostępnymi sposobami. A że to inteligentny przeciwnik....

Tak, dziś mamy czas Apokalipsy

Gdy w tej perspektywy spojrzeć na to, co dzieje się dziś i w świecie i w Kościele wszystko wygląda trochę inaczej. Mówi się czasem, że jednym z największych sukcesów diabła jest to, że udało mu się ukryć (nie wytrzymał długo i w swojej pysze pokazuje swoją destrukcyjną moc choćby w satanizmie, ale mimo to wielu jakby go nie dostrzega). Dlatego wielu, także chrześcijan, prócz Boga, widzi tylko człowieka. Diabła w ludzkiej historii jakby nie było. Stąd widząc nieraz grzesznika myślą głównie o tym, ze trzeba się nad nim ulitować, bo przecież biedny. No tak. Tyle że tracąc z oczu fakt działania diabła swoją do grzesznika litość posuwają aż do afirmacji zła; nie chcą zauważyć, jak bardzo ów grzesznik bywa przez zło usidlony, jak bardzo potrzebuje nie użalania się nad sobą,  ale pomocy, by się wyzwolić. Paradoksalnie w innych z kolei wypadkach, widząc podobnego grzesznika, często ci sami chrześcijanie żądają,  by surowo karać. Jakby tracąc z oczu fakt, że i tu mamy do czynienia z człowiekiem, że on też jest ofiarą diabła. Kompletne zamieszanie, prawda? Tymczasem gdy pamięta się pouczenie Apokalipsy o szatanie, który wpadł w wielki gniew i chce zniszczyć potomstwo niewiasty i w jednym i drugim grzeszniku widzimy ofiarę. Boć przecież i wielcy i mali i szarzy i ci ze świecznika, tak samo jesteśmy podatni na szatańskie knowania. Świadomość tego każe nam w stosunku do każdego upadającego podejmować takie działania,  by walcząc ze złem nie zniszczyć człowieka. Jednocześnie jednak  jasno pozwala nazywać zło po imieniu.

Nie bój się zanurzyć

Uprzytomnienie sobie, że Apokalipsa to księga nadziei oraz to, że jej zapowiedzi realizują się często tu i teraz na pewno pomaga w czytaniu tej księgi. Warto jednak pamiętać o sprawach bardziej praktycznych. Wszystkie pisma Jana – zarówno Apokalipsa jak i Ewangelia oraz trzy jego listy – są dziełami dość specyficznymi. Przemyślenia ich autora nie są liniowe; jego myśl jakby kreśliła spirale; tematy pojawiają się, zastępowane są innymi, by po chwili wrócić na nowo, już w innym świetle. To sprawia, że zawodzi sposób czytania, jakim jest próba zrozumienia myśli autora zdanie po zdaniu. Zresztą zawodzi ona i w lekturze prostszych dzieł, bo nieraz, żeby zobaczyć myśl autora trzeba nie tyle koncentrować się na szczególe, co uchwycić całość, główny jego zamysł. W pismach Jana ta potrzeba jest jeszcze bardziej wyraźna. Bez tego uchwycenia głównej myśli człowiek kompletnie się gubi. Dlatego czytanie jego pism bardziej niż chłodną analizę przypomina zanurzanie się w przedstawionej prze niego rzeczywistości; prawdy, które przedstawia chłonąć musi nie tylko rzeczowy rozum, ale cały człowiek, ze swoimi doświadczeniami i swoja intuicją. Zanurzać się ciągle, jednak od czasu do czasu wystawiając głowę na powierzchnię, żeby widzieć, gdzie się jest ;)

Pisząc o wynurzaniu się mam na myśli głównie wspomniane wcześniej zwrócenie uwagi na śródtytuły naszych wydań Biblii. One pomagają ustalić czego, jakich czasów, jakich spraw  dotyczą przedstawiane nam wizje. Ot, wizje z listów do siedmiu Kościołów (Ap 1-3) są wskazaniami do tych właśnie siedmiu Kościołów, a jeśli do chrześcijan innych czasów, to tylko pośrednio, przez podobieństwo sytuacji. Gdy jednak w 4 rozdziale czytamy w śródtytule „Bóg wręcza Barankowi księgę przeznaczeń”, a wyżej,  że to  prorocze wizje zwiastunów dnia wielkiego gniewu Bożego, to z nastawieniem że o to głownie w tekście chodzi powinno się je czytać. Bez doszukiwania się nie wiadomo czego.

Zasadniczo jednak powinno się czytać „w zanurzeniu”. To znaczy dając się ogarnąć przedstawianym obrazom i obficie czerpiąc z naszej religijnej wiedzy (która na pewno nie jest zerowa) i naszej intuicji. Ot, gdy mowa o białych szatach możemy zerknąć, jak ich symbolikę rozumie komentator, ale możemy przypomnieć sobie choćby fakt zakładania na nowoochrzczonych właśnie takiej białej szaty, symbolu Bożej łaski, bycia blisko Niego. Słysząc o wybielaniu szat we krwi Baranka (Ap 7) nie musimy się dziwić, bo przecież słyszymy na każdej Mszy słowa: „oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. A czytając o rogach pewnie niejednemu jednak skojarzy się, że to niekoniecznie atrybut diabła, ale przede wszystkim władzy. Gdy zaś człowiek dojdzie do wizji Niebieskiego Jeruzalem, zdobnego jak oblubienica (Ap 21), znający trochę Stary Testament pewnie pokojarzy, że to połączone w jeden dwa wątki proroczych zapowiedzi: ten, jak u Ozeasza, przedstawiający wiązek Boga z ludźmi na kształt małżeństwa i ten, obecny na kartach wielu ksiąg, łącznie z Psalmami, wskazujący na obecność Boga na ziemi w Jerozolimie, w tamtejszej świątyni; że chodzi o czasy, gdy Bóg stanie się człowiekowi tak bliski, jak był Adamowi i Ewie w Edenie, gdy wraz z nimi przechadzał się po ogrodzie. Zresztą nawet jeśli nie zrozumie czytając pierwsze zdania odkryje, gdy będzie czytał dalej, gdzie jest o tym wyraźnie mowa. Bo, trochę paradoksalnie, żeby zrozumieć tę księgę nie trzeba zrozumieć wszystkich jej szczegółów. Ważne jest uchwycenie głównej myśli autora, a szczegóły łatwo uzupełnić czy to czytając konsekwentnie dalej czy sięgając po komentarzowe wyjaśnienia.

Kierowanie się w lekturze Apokalipsy przedstawionymi wyżej wskazówkami na pewno nie pozwoli uniknąć wszelakich trudności. Zerknięcie do bardziej fachowych niż w Biblii Tysiąclecia pomocy może okazać się nieodzowne. Ale takie podejście do lektury Apokalipsy na pewno pomoże. I przestanie być dla nas niezrozumiałą i  przerażająca księgą strachów, a stanie zachęta do powtórzenia za świętym Janem przedostatniego zdania te księgi: „Amen. Przyjdź Panie Jezu”.

 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama