Mama i tata robią szum

– Nie chcę! Nie pójdę do przedszkola! Chcę zostać z tobą. Czemu nie mogę? Nie kochasz mnie! – łzy kaskadą spływają po buzi malucha, a ty czujesz, że za chwilę pęknie ci serce...

Reklama

Zosia zachorowała. Wysoka temperatura, wymioty, biegunka. Dziecko dosłownie leciało przez ręce. Pediatra szybko podjął decyzję: dziewczynkę trzeba umieścić w szpitalu. Nastąpiło kilka koszmarnych dni na postpeerelowskim oddziale, w towarzystwie wściekle kąsających komarów. Poprawa następowała bardzo powoli. Zmęczenie sięgało już zenitu, kiedy wreszcie nastąpił oczekiwany i pełen nadziei powrót do domu. Po otwarciu drzwi szalony optymizm opadł: w progu stał Franek, młodszy brat Zosi, z… 40-stopniową gorączką.

Kiedy Paweł przeszedł do trzeciej klasy gimnazjum, oświadczył, że nie przystąpi do sakramentu bierzmowania. Rodzice, aktywni członkowie Domowego Kościoła, byli załamani. Syn ogłuchł na wszelkie argumenty, a rozmowy zwykle kończyły się kłótnią. Chłopak z dnia na dzień przestał chodzić do kościoła...

Jak tonący brzytwy

Są takie chwile w życiu rodzica, wobec których jest całkowicie bezradny i czuje, że sytuacja już go przerosła. – Oj, nieraz zdarzało mi się płakać z bezsilności – przyznaje Edyta z Tychów, mama Agatki i Oli. – Czułam się beznadziejną mamą, pozbawioną elementarnych zdolności wychowawczych i w ogóle jakichkolwiek zdolności. Jeżeli dzieci są światłem mojego życia, to w tych momentach przychodziło mi chyba płacić rachunek za prąd. (śmiech) Stoję pod ścianą, w takim poczuciu klęski, i chwytam różaniec jak tonący brzytwy... – Pamiętam, że kiedy spodziewałam się narodzin pierwszego syna, często chodziłam na adorację do pobliskiego kościoła – opowiada Ola Scelina z Chorzowa, mama Janka, Pia i Józia. – Nad tabernakulum znajduje się obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, która wyciąga rękę na wysokości serca i wskazuje na Jezusa. Jako młoda mama byłam przerażona wizją porodu, a potem wychowywania mojego dziecka. Czułam, że wszystko od teraz się zmieni i nie byłam pewna, czy jestem na to przygotowana. W bezradności zawierzałam nasze dziecko Tej, która była najlepszą Matką, i otrzymałam pewność, że cokolwiek się zdarzy, nasze dziecko jest darem od Boga.

Błogosławcie!

Przyznajmy: nie jesteśmy idealnymi rodzicami. Możemy przeczytać setki książek o wychowaniu, poradników z serii „Jak uszczęśliwić dziecko”, a i tak prędzej czy później zdarzy nam się pobłądzić w gąszczu problemów. Zranimy boleśnie ukochane dziecko i sami zostaniemy przez nie zranieni. Może jednak zanim ustawimy się w kolejce do psychoterapeuty, „uderzymy” do innego Lekarza?

– Kiedy dzieci dorastały, zaczęły pojawiać się problemy wychowawcze, trudności w relacjach, spięcia, kłótnie – mówi Ola. – Jako matka miałam poczucie porażki. Razem z moim mężem Iwonem czuliśmy się bezradni. Po ludzku nie znajdowaliśmy rozwiązania tych sytuacji. Żadne rozmowy z chłopcami nie przynosiły skutku. Byliśmy załamani. Poprosiliśmy o wsparcie znajomego księdza. On pierwszy pomógł nam zrozumieć, co się dzieje. Powiedział, że często jest tak z dziećmi, gdy toczy się o nie walka, o ich serca, dobre życie, przede wszystkich o ich zbawienie. Zachęcił nas, żebyśmy się dużo modlili za naszych synów, nadal stawiali im wymagania i pomimo wszystkich przeciwności błogosławili im. Ze względu na więzy krwi, które nas z nimi łączą, mamy pełne prawo ogłaszać nad nimi zwycięstwo Jezusa i Jego Królestwa! Tak zaczęliśmy robić. Nie zawsze dzieci były chętne do wspólnej modlitwy. Buntowały się, wymawiały zmęczeniem. Nie poddawaliśmy się. Gdy spały, wchodziliśmy do ich pokoju i głośno ogłaszaliśmy nad nimi Boże królowanie i błogosławiliśmy ich. Jako matka upominałam się o każdą obietnicę, jaką Bóg nam dał wobec naszych dzieci. Głośno przynaglałam niebo, mówiąc do Maryi: nasze dzieci nie są nasze, one są Twoje. Proszę Cię, szukaj ich, prowadź, napominaj…

Po pewnym czasie zauważyliśmy, jak nasi synowie się zmieniają, jak zmienia się ich relacja do nas, do siebie nawzajem, a zwłaszcza do Pana Boga. Efekty są dla nas zaskakujące! Widzimy, jak moc modlitwy i błogosławieństwa przemienia życie naszej rodziny. Nie oznacza to, że nie mamy już żadnych problemów wychowawczych z naszymi dziećmi, ale o wiele bardziej są widoczne owoce działania łaski Pana. Chłopcy chętnie chodzą na Mszę, uczestniczą w spotkaniach modlitewnych czy w grupach formacyjnych. W ważnych dla siebie intencjach odmawiają nawet nowennę pompejańską. To prawdziwa rewolucja w ich życiu.

Metoda na Różaniec

Od kilku lat rodzice z różańcami w rękach szturmują niebo. W intencji swoich dzieci modlą się wszędzie: w domu, kościele, autobusie, stojąc w samochodowym korku i spacerując z psem. To matki i ojcowie z róż różańcowych rodziców za dzieci. Grupa, oparta na zasadzie kół Żywego Różańca, powstała w czasie rekolekcji wspólnoty Marana Tha. – Za naszą Martę zacząłem się modlić, kiedy była jeszcze pod sercem Anety – wyznaje Krzysztof Posmyk z Radzionkowa, menedżer IT w dużej firmie korporacyjnej.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Amator
    09.11.2014 20:02
    Po co rodzice mają "szturmować" niebo? Przecież Bóg wie najlepiej, co dobre dla człowieka i to daje. Czyż nie? Rodzic zrobi wszystko co najlepsze dla dziecka, bez żadnego "szturmowania", a Boga trzeba ciągle błagać, bo inaczej same nieszczęścia? To chore. Komu więc potrzebne te modły? Bogu nie bo jest wszechmogący. Człowiekowi? Wątpliwe.
  • Babeczka
    10.11.2014 12:44
    Ten pobliski kościół z artykułu to chorzowski kościół św. Jadwigi- mój ukochany, nawiasem mówiąc.

    W kościele tym doskonale proboszczuje ks. Emmanuel Pietryga - nazwisko przypadkiem takie same, jak Autorki artykułu. Pszypadek? Nie sondze.
  • chorzowianka
    10.11.2014 15:58
    Wspaniala Rodzinka!!!!!
    Chwala Panu Bogu za tak wspanialych Rodzicow!!!!
  • mike
    13.11.2014 13:30
    Olu, dzięki za ten tekst :)
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama