Karawana Mędrców

Przywykliśmy do wizerunków Trzech Króli jako ludzi ubranych w fantazyjne, kolorowe, jaskrawe szaty i złote korony na głowach. Francuski malarz (ale długo mieszkający też w Wielkiej Brytanii, dlatego jego imię jest bardziej znane w wersji angielskiej), Jacques Tissot zaprasza nas do zerwania z tym schematem.

Reklama

Spędził on wiele miesięcy w Ziemi Świętej, bacznie obserwując krajobrazy, ludzkie twarze, tradycyjne szaty i inne przedmioty. Chciał, żeby malowane przez niego później obrazy o tematyce biblijnej wiernie oddawały lokalny koloryt. Efekt widzimy powyżej. Orszak Trzech Króli wygląda jak arabska, kupiecka karawana sprzed ponad stu lat.

Na czele karawany jadą na wielbłądach trzej mężczyźni w żółtych płaszczach, uzbrojeni we włócznie. Artysta poczynił pewne ustępstwa wobec utartej tradycji, dlatego również na jego obrazie Melchior ma siwe włosy i brodę, Kacper jest śniadym brunetem, a Baltazar Murzynem. Za nimi widzimy służących i juczne zwierzęta obciążone przewożonymi darami.

Krajobraz wskazuje, że prowadzeni przez Gwiazdę Betlejemską Mędrcy są już blisko celu. Mijają wulkaniczne wzgórza pomiędzy Morzem Martwym i Hebronem. Stąd już niedaleko do Betlejem.

Trzej jeźdźcy prowadzący karawanę nie mają na głowach koron. Jest to zgodne z ewangelicznym przekazem. Święty Mateusz, jedyny ewangelista, który o nich wspomina, nazywa ich magami. W starożytności tak określano w krajach starożytnego Wschodu ludzi wykształconych, zajmujących się nauką, będących przeważnie doradcami monarchów i kapłanami. Dlatego w Polsce przyjęło się określać ich mianem Mędrców, które wydaje się najlepiej określać starożytne znaczenie słowa „mag”.

Na początku III wieku rzymski teolog Tertulian jako pierwszy nazwał ich „królami ze Wschodu”. Myśl tę podchwycił w VI wieku Cezary z Arles.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • T.S. Eliot
    05.01.2015 23:17


    Thomas Stearns Eliot



    Podróż trzech Króli



    „Mroźna to była wyprawa;

    Najgorsza pora roku

    Na podróż, zwłaszcza tak długą:

    Drogi tonące w śniegu i lodowaty wiatr,

    Najokrutniejsza zima.” *

    Rozdrażnione wielbłądy, pokaleczone, zbolałe,

    Kładły się w mokrym śniegu.

    I było nam czasem żal

    Letnich pałaców na wzgórzu, osłonecznionych tarasów,

    I jedwabistych dziewcząt roznoszących napoje.

    Poganiacze wielbłądów klęli i złorzeczyli,

    Żądali napitku, kobiet, przepadali bez wieści,

    Nocne ogniska gasły, nie było gdzie się schronić;

    A miasta były wrogie, mieszkańcy nieprzyjaźni,

    Wioski brudne i chytre, za wszystko żądano złota.

    Ciężka to była próba.

    Wędrowaliśmy w końcu już tylko w ciągu nocy,

    Śpiąc byle gdzie i płytko,

    I słysząc w sobie głos, który powtarzał w kółko:

    To jest czyste szaleństwo.



    Aż któregoś poranka, śniegi mając za sobą, zjechaliśmy w dolinę,

    Łagodną, żyzną, wionącą zapachem wielu roślin,

    Gdzie nad strumieniem stał młyn i młócił kołem ciemność,

    A dalej, pod niskim niebem, wznosiły się trzy drzewa,

    I stary, siwy koń biegł łąką, galopem, w dal.

    Stanęliśmy przed gospodą porosłą liśćmi wina;

    W otworze drzwi sześć rąk rzucało raz po raz kośćmi i zgarniało srebrniki,

    Stopy zaś uderzały w puste bukłaki po winie.

    Nikt jednak tam nic nie wiedział; ruszyliśmy więc dalej

    I dopiero pod wieczór, prawie w ostatniej chwili,

    Trafiliśmy w to miejsce – można powiedzieć – właściwe.



    Pamiętam, było to dawno;

    Dziś bym postąpiłbym tak samo, tylko trzeba zapytać

    Trzeba zapytać

    O to: czy cała ta droga nas wiodła

    Do Narodzin czy Śmierci? Że były to Narodziny, to nie ulega kwestii,

    Mieliśmy na to dowody. Bywałem świadkiem narodzin i byłem też świadkiem śmierci,

    I było dla mnie jasne, że są to różne rzeczy; jednak te narodziny

    Były dla nas konaniem, ciężkim jak Śmierć, śmierć nasza.

    Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw,

    Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,

    Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa.

    Rad byłbym innej śmierci.



    1927



    Przełożył Antoni Libera
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama