Adam, Ewa i ojciec Leon

Nasi pierwsi rodzice zgrzeszyli, chcieli bowiem być jak Bóg.

Reklama

Niekiedy zdarza się, że w jakichś rekolekcjach czujemy się, jakby konkretny rekolekcjonista do mnie właśnie mówił. Czasem jest wręcz przeciwnie i na tym polega całe poszukiwanie i nie zniechęcanie się. Najważniejsze jest to, abym był otwarty na Boga, na prawdę, na piękno, chociaż w świecie tyle jest zła, krzywdy, kłamstwa i brzydoty – jednak ja powinienem być nastawiony na to, co jest naprawdę ważne i nie poddawać się. Niekiedy Bóg posługuje się najdziwniejszymi sposobami, aby przyprowadzić nas do siebie. Kiedyś czytałem historię pewnego francuskiego myśliciela, który nawrócił się wchodząc do pustej katedry gotyckiej: został w jednej chwili przytłoczony majestatem Boga i uwierzył, bez kazań, bez Mszy, bez ludzi. Innym razem potrzebne jest świadectwo, innym modlitwa, innym jeszcze co innego.

Z kim przestajesz, takim się stajesz. To też jest niezmiernie ważne, bowiem im częściej przebywamy w towarzystwie ludzi dobrych, sami stajemy się w jakiś sposób lepsi, łatwiej udaje się nam świadectwo wierze i prawdzie. I na odwrót: im częściej przebywamy w towarzystwie złych i zagubionych ludzi, wówczas my sami gubimy się i słabniemy. To tak jak z dziećmi, kiedy mama mówi: nie baw się z tymi dziećmi, bo źle robią, nie słuchają swoich rodziców, psocą i są krnąbrne. Nie mówi: idź, pobaw się z nimi, spraw, aby stały się dobre. Zło jest niestety bardziej nachalne i krzykliwe niż dobro.

Ta historia sięga swymi początkami grzechu pierworodnego, którego skutki odczuwamy po dziś dzień. Nasi pierwsi rodzice zgrzeszyli, chcieli bowiem być jak Bóg. Wąż, który nienawidził człowieka, skusił Ewę a ona nakłoniła do grzechu Adama i od tej pory mamy skłonność do grzechu, jednak to nie oznacza, że mamy być bierni, wręcz przeciwnie, musimy wciąż na nowo podejmować walkę i starać się odzyskać utraconą ojczyznę niebieską. Mówiąc po ludzku – i choć Bóg zraził się do pierwszego małżeństwa, nie poddał się. Powiedział: ja się nie dam, więc – można to tak nazwać – wcielił w życie plan awaryjny. Dzieło odkupienia, którego dokonał poprzez Matkę-Maryję i jej Dziecko, Jezusa Chrystusa.

Wykorzystał najpiękniejszą miłość, jaka jest na świecie, miłość macierzyńską. Matka bowiem nigdy nie przestanie kochać swego dziecka, za nic w świecie, małżonkowie mogą się rozejść, miłość może wyblaknąć, natomiast matka zawsze kocha swoje dziecko. Nigdy nie będziemy w stanie oddać matce takiej miłości, jaką ona pierwsza nas obdarzyła. W planie odkupienia, ziemia przyjęła nowego Adama poprzez najpiękniejszą miłość, jaka może być, a mianowicie miłość macierzyńską. Pokora Maryi znajduje wypełnienie w miłości Boga do człowieka, w najczystszej miłości Ducha Świętego, odwieczne Słowo staje się Ciałem za przyczyną Niepokalanie Poczętej Matki-Dziewicy. I tak również Jej Syn, Jezus Chrystus, aż do ostatniej chwili jest posłuszny woli Ojca, Jego planowi zbawienia i odkupienia grzesznego człowieka. „Nie moja wola, ale Twoja niech się stanie…” Człowiek oddaje się Bogu całkowicie i to wygrało ze złem, z grzechem i szatanem.

My już jesteśmy z Chrystusem osadzeni w niebie, mamy już bilet do nieba, teraz tylko trzeba wsiąść do dobrego pociągu. Zdarza się, że się pomylimy i wsiadamy do niewłaściwego pociągu, ale póki żyjemy, wszystko można naprawić. Bóg mówi: nie bój się, jestem z Tobą, zawsze możesz wysiąść i wsiąść do właściwego, wszystko jest cenne w Twojej podróży, nawet zagubienie i jazda w niewłaściwym kierunku. Jedno nie podlega wątpliwości: niebo jest już otwarte i czeka na ciebie. Dzięki życiu, nauczaniu a w ostateczności męce i śmierci Jezusa Chrystusa, który też był Synem, zbawienie stało się nie tylko możliwe, ale stało się ono również realne dla każdego człowieka, dzieło odkupienia jest niepodważalne. Miłość rodzicielska Maryi i Józefa, który choć był tylko przybranym ojcem, to jednak szczerze kochał Jezusa, stała się fundamentem na Jego drodze ku zbawieniu każdego i każdej z nas. My możemy natomiast łączyć nasze cierpienia i niepowodzenia z najświętszą Męką Jezusa i coraz bardziej jednoczyć się z Nim. To nam wystarczy. Możemy również zwracać się do naszej przybranej Matki, Maryi, która jest nią dla nas w porządku stworzenia i stwarza niezwykły klimat duchowy w Kościele, aby uczyła nas łączyć nasze życie z ofiarą Jej syna, który całkowicie niewinnie i darmo postanowił ponieść nasze wszystkie grzechy i nieprawości aż na drzewo krzyża. Wybór należy do nas.

Papież Jan Paweł II w swojej Mszy na Błoniach Krakowskich 10 czerwca 1979 roku poruszył ten temat, czy wolno powiedzieć Bogu „nie”? Człowiek jest wolny, więc teoretycznie może to zrobić, pytanie jednak, jak to wpłynie na jego życie, czy to mu przyniesie korzyść. Sam pozbawia się szczęścia i w konsekwencji życia wiecznego. Jak my się wówczas zachowamy, gdy przez całe nasze życie będziemy konsekwentnie mówili Bogu „nie!”, jak my wówczas staniemy na sądzie przed Jego miłością i Jego dobrocią dla nas, jak odpowiemy na Jego spojrzenie? Zastanówmy się nad tym. Jak przykry i smutny jest los tych, którzy żyją tak, jakby Boga nie było.

Ważny jest ten mój klimat Boga, moje pojęcie Boga, nawet jeśli o nim mówię bardzo szeroko. Wiele dzisiaj jest spraw i problemów, które mogą być rozwiązane na płaszczyźnie rozmów i kierownictwa duchowego, a zamiast tego wychodzi się z nimi przysłowiowo na ulicę i te najbardziej delikatne i istotne dla wielu ludzi sprawy, są deptane i w żaden sposób nie rozwiązywane. Ja mogę jedynie powiedzieć, że im dłużej żyję, im dłużej jestem mnichem, tym bardziej i wyraźniej dostrzegam harmonię Bożego działania, którą niestrudzenie objawia On w swoim słowie, w Piśmie Świętym. Choć nadal jest dla mnie wiele rzeczy niejasnych i niezrozumiałych – idę naprzód. Najbardziej boję się księży, którzy chcą znać – lub nawet mówią, że znają – odpowiedzi na wszystkie pytania.

Nawet papież Benedykt XVI, największy współczesny teolog, nie bał się na niektóre pytania odpowiadać: nie wiem. Jedno dziecko z Japonii zaraz po tsunami napisało do niego, dlaczego się tak stało, że tak wiele osób zginęło, papież odpisał, że nie wie, dlaczego się tak stało. Modli się o miłosierdzie Boże dla zmarłych. Lepsza jest taka odpowiedź niż pewne siebie tłumaczenie, że właśnie w ten sposób objawiło się Boże miłosierdzie, iż tak wiele osób naraz poszło do nieba (Oby!). Niemniej jednak nie zawsze znamy odpowiedź, nie zawsze znajdziemy ją w Piśmie Świętym, nieraz umrzemy nie znajdując odpowiedzi.

Jednak wciąż dla Boga wszystko ma głęboki i niepodważalny sens. Niekiedy w formie objawień udzielanym szczególnym osobom jak Świętej Faustynie. Bóg zwraca się do człowieka w sposób bezpośredni. I choć nie mamy obowiązku w objawienia wierzyć tak, jak w Pismo Święte, to jednak nie możemy powiedzieć, że ci ludzie byli wariatami. Zdecydowanie, św. Faustyna nie była wariatką. Często za sprawą objawień wielu ludzi człowiek dochodzi do poznania Boga, nawraca się i odtąd stara się całym sercem szukać Boga. Nie możemy zdawać się wyłącznie na własne siły czy własne wyobrażenia. Potrzebny do tego jest autorytet Kościoła, aby nie tworzyć sobie własnej religii z własnymi objawieniami, bo wówczas nie kieruje nami Bóg, ale szatan. Tworząc sobie własne bożki, nigdy nie odkryjemy całej prawdy i nigdy nie będziemy szczęśliwi, będziemy tylko w półprawdach lub w ogóle poza prawdą. Nie bójmy się powiedzieć „nie”, nie musimy się na wszystko zgadzać. Gdyby Jezus się na wszystko zgadzał, to by go nie zabili. Często spotykamy ludzi, którzy się na wszystko zgadzają, ale wówczas okazuje się, że sami nie mają wiele do powiedzenia.

*

Leon Knabit OSB, „Rekolekcje z Ojcem Leonem”, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama