Pomóż w szukaniu. Albo tylko nie przeszkadzaj

Granicę między zbłąkaniem a odnalezieniem się przekracza się czasem w pięć sekund.

Reklama

Była zima. Jeden z tych dni, w których szarość otulonej śniegiem ziemi łączy się z szarością nieba. Staliśmy w sporej grupie nieopodal urokliwego kościółka, plecami zwróceni do wielkiej, rozgrzebanej budowy. Nie widzieliśmy jej, bo patrzyliśmy w las. Nagle ciut pojaśniało. Jakby szczelna kołdra chmur zrobiła się cieńsza i przypomniało światu o sobie słońce. Nie było go jeszcze widać, ale brązowe pnie świerków i srebrzyste buków zaczęły wyraźniej kontrastować z wiszącymi na nich czapami śniegu, a biel stała się bielsza. 

– Jak tu pięknie – odezwał się Rafał.

Spojrzałem na niego zaskoczony

– No nie widzi pan jak tu pięknie? – zwrócił się już bezpośrednio do mnie.

Nie odpowiedziałem, ale gorączkowo usiłowałem zrozumieć, czy mówi serio czy się ze mnie nabija. Patryk... No cóż. Nie był wzorowym uczniem. Pewnie od niejednego nauczyciela swoje usłyszał.  Ale w moim odczuciu był człowiekiem dość sympatycznym. Nie był ani zarozumiały, ani nastroszony. Emanowała z niego prosta uczciwość. Z jakiegoś powodu uważał jednak samego siebie za łobuza. Gorszego od innych kolegów i koleżanek z klasy. Nie drążyłem tematu, a on chyba uważał, że tylko udaję, iż  nie wiem o jego ciemnych sprawkach. O taką wrażliwość na piękno jednak go nie podejrzewałem.

Tak, widziałem to piękno. Tylko że prócz starych górskich wyg nigdy nie spotkałem nikogo, kto by to dostrzegał. Kiedy dotąd próbowałem w podobnych sytuacjach mówić, że zrobiło się jaśniej, ludzie najpierw spoglądali z niedowierzaniem w niebo, by po chwili spojrzeć na mnie. Jak na wariata oczywiście. Stojąc w gronie uczniów starałem więc przypomnieć sobie, czy parę chwil wcześniej sam czegoś podobnego nie powiedziałem, a Rafał  zwyczajnie mnie podpuszcza. Ale nie...

– Wiesz, ja to widzę, ale zaskoczyłeś mnie, że ty też.

– Jak nie widzieć! Przecież.... I zaczął nam tłumaczyć.

Koledzy mu przytakiwali ale wyraźnie bez przekonania. Też to widzieli, a tylko nie leżało w ich naturze mówić coś podobnego? Nie widzieli, a dodatkowo zaskoczyło ich, że z kolegi poeta wychodzi? Nie wiem. Mnie to jego wyznanie zaskoczyło na pewno. I w jednej chwili bardzo w moich oczach urósł.

***

Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł ocalić to, co zginęło.

Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych. (Mt 18, 10-14)

„Tych małych” czyli pewnie nie tylko dzieci, ale wszystkich maluczkich. Tych, co to wedle standardów ludzi obytych w świecie wiary, nie rozróżniają swojej prawej ręki od lewej. Tak, nieraz błądzą, dając się omamić i uwieść temu, co w różnych sytuacjach przeczytają czy usłyszą. Tak, bywa, że to błądzenie to też ich wina, bo zaniedbywali troskę o rozwój swojej wiary; nie patrzyli na znaki, nie interesowało, co mówi Przewodnik. Bywa, że czują się gorsi i nie mają nadziei, że mogliby stać się lepsi. Ale bywa, że czują się lepsi, bardziej cwani, mniej naiwni, choć przy tym do bólu głupi; świetnie znając się na fizyce, bankowości czy historii, lecz patrzący na sprawy wiary jak dziecko z drugiej klasy. Spotykając się z nimi uczeń Chrystusa narażony jest na pokusę, by nimi pogardzać. Przecież widać, że są gorsi i że najprawdopodobniej nic z nich nie będzie. Ale Chrystus mówi, że tak nie wolno. Bo nad każdym z nich, pewnie podobnie jak nad nami, czuwa wpatrujący się w oblicze Boże anioł.

Bóg tych maluczkich szuka. Tak jak pasterz szuka zaginionych owiec.  A gdy znajduje, cieszy się nimi bardziej niż tymi wszystkimi, którzy się nie zgubili. Nie, nie znaczy, że ci, którzy się nie zgubili są gorsi. Tyle że nie dają okazji do świętowania. Ich trwanie przy Chrystusie jest normalnością. A odnalezienie zagubionego to powód do wielkiej radości.

Nie ma co się obruszać, że nami, tymi (niby) porządnymi, Bóg aż tak się nie cieszy. Mamy znacznie więcej. Mamy cały czas pewność, że jesteśmy u boku Dobrego Pasterza i że nic nam nie grozi. Ci zagubieni przeszli przez niepewność i lęk. Nawet jeśli maskowali je ciągłą zabawą.

Bóg tych zagubionych szuka. Jeśli jesteśmy Jego dobrymi uczniami, to nie założymy rąk dąsając się, że nie poświęca nam wystarczająco dużo czasu. Będziemy tych zagubionych szukali razem z Nim. A radość znajdowali nie w tym, że jesteśmy lepsi, bo się nie zgubiliśmy, ale w tym, że mogliśmy współdziałać z Bogiem  w tych Jego poszukiwaniach.

Tak, Kościele świętych. Nie zamykaj się w dostojeństwie, ale podejmij ryzyko wyjścia razem z Bogiem na drogi, bezdroża i chaszcze w poszukiwaniu tych, którzy się zagubili. Idąc tam zrozumiesz, że miałeś szczęście. Bo przecież zgubić się tak łatwo....

***

Nocą w lesie wszystkie ścieżki są do siebie podobne. Kiedy prowadzący grupę zapytali jednego z bardziej obeznanych z okolicą, czy to, co widać między drzewami w bladym blasku księżyca to Skrzyczne, jasnym stało się, że ciut pobłądziliśmy. Jak po przejściu tylu poplątanych ścieżek trafić z powrotem do domu? Najpierw na przełaj, do biegnącej w poprzek stoku ścieżki, a potem, kiedy ta będzie lekko skręcała  w prawo, my w lewo. Najlepiej nie drogą wzdłuż potoku, bo usłana kamieniami, na których łatwo po ciemku skręcić nogę, ale lasem. Tylko trzymając się prawej strony, żeby nie wejść w skałki.

I tak zeszliśmy. Było trochę przed północą, gdy wszyscy szczęśliwie stanęliśmy na polance przed domem. Popłynęły spokojne rozmowy.

– Gdzie my właściwie jesteśmy? Znajdziemy drogę? – po dobrej chwili wyraźnie zaniepokojona spytała jedna z uczestniczek eskapady.

– Przecież przed nim stoimy – odparł za wszystkich zdumiony Krzyś. – Jest tu,  za tymi drzewami, dlatego go nie widać, ale jesteśmy na miejscu.

Zaskoczenie, niedowierzanie. Jak to, już?

By się zgubić nie trzeba być daleko od domu. Dobrze jeśli w pobliżu znajdzie się ktoś, kto potrafi ten dom pokazać.

 

Powyższy tekst jest pierwszym z wakacyjnego cyklu "No to się zreformujmy" o Jezusowej wizji Kościoła. Tam parę słów o pomyśle i - sukcesywnie - linki do kolejnych odcinków cyklu. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama