Razem skuteczniej

Co dwie głowy to nie jedna, a dwie ręce nie to, co sześć. Oczywiste? Gdy chodzi o modlitwę – też.

Reklama

Grywałem swego czasu w siatkówkę. Ot, tak, żeby się trochę poruszać. Drużyny często były niepełne, bo brakowało chętnych. Często też mieszaliśmy składy, żeby ciągle nie grać w tych samych. Ale serce do gry – wiadomo, wielkie. Każdemu zależy na zwycięstwie. Mimo to jednak  zdziwiłem się, gdy ktoś z mojej drużyny podszedł i cicho poinformował: Markowi nie podajemy, bo on zawsze piłki psuje.

Zamurowało mnie. Nie to, że komuś aż tak zależało na wygranej. Ani nie z tego powodu, że zwyczajnie koledze się czegoś takiego nie robi. Po prostu nie zauważyłem, żeby Marek psuł jakoś znacząco więcej piłek niż inni. Jak każdy miewał dni lepsze i gorsze. Czasem jednak jego  interwencje bywały wręcz rewelacyjne (jak na nasz poziom oczywiście). Nie umiał ściąć przy siatce? Sęk w tym, że niezmiernie rzadko miał do tego okazję. Właśnie dlatego, że rzadko mu w takich sytuacjach piłkę wystawiano. A jak już do tego doszło, wiadomo, jak każdy, któremu rzadko się podaje, był po prostu tak zaskoczony, że faktycznie, nic wielkiego z tą piłką nie robił. Wiedziałem, czułem to, bo sam bywałem w podobnych sytuacjach: gdyby częściej piłkę dostawał, to by się rozkręcił. Tak jak rozkręceni bywali nasi „gwiazdorzy”. Oni też masę piłek psuli. Ale że się na nich grało, od czasu do czasu błysnęli. No i mogli sobie myśleć, że są znacznie lepsi. Albo że zepsuli piłkę, bo ktoś im o 10 cm źle wystawił...

W całej tej sprawie bardziej jednak niż ta dziecinada w podejściu do gry i kolegów zastanowiło mnie jednak coś jeszcze. Krótkowzroczność. Przecież gdyby Marek się rozkręcił, mielibyśmy w kolejnym meczu jednego dobrego zawodnika w drużynie więcej, prawda? Sekując go sprawialiśmy, że w drużynie tak naprawdę było nas mniej. A to najlepsza droga do porażki. No, może w siatkówce nie ma to większego znaczenia, ale już np. w takiej piłce nożnej ten jeden zawodnik mniej....

***

Mówi Jezus:

Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.

Słowa te wypowiada Jezus zaraz po pouczeniu swoich uczniów o braterskim upomnieniu. Tak, upomnienie grzeszących jest ważne – zdaje się mówić – ale znacznie ważniejsze jest zgoda. Razem zanoście do Boga swoje modlitwy.

Taka modlitwa ma wielka moc – obiecuje Jezus. Bo z tymi, którzy gromadzą się w jego imię On sam jest. Czyli – możemy przypuszczać – wtedy sam do prośby swoich uczniów się przyłącza.

Niesamowita obietnica. W Kościele mamy wiele okazji do wspólnej modlitwy. Jest nas razem bardzo wielu. I gromadzimy się w imię Jezusa. Ale czy w takich sytuacjach faktycznie zgodnie w swoich sprawach prosimy? Bo prosimy o wiele różnych rzeczy. Choćby w modlitwie wiernych. Ale czy za tymi zdawkowo sformułowanymi intencjami idzie też nasze serce?

Prześladowani, głodni, cierpiący wskutek wojen, chorzy, niedołężni, błądzący, zatwardziali w grzechach, rządzący państwami, Kościół, jego pasterze, papież.... Tyle tych spraw na świecie jest, że nie sposób gorliwie modlić się we wszystkich. To może sprawiać, że polecanie ich Bogu wydaje się nam daremnym, bo przerastającym nasze siły trudem. Czy jednak nie jest tak, że takie sprawy nas przerastają, bo nie wkładamy w modlitwę o pomoc całego swojego serca licząc, że zrobią to inni? Przecież na wezwanie „Ciebie prosimy” odpowiedzieć tylko „wysłuchaj nas, Panie” to chyba jednak trochę za mało. Zwłaszcza gdy wołanie do Boga tak naprawdę niespecjalnie angażuje nasze serce...

Być może właśnie dlatego świat jest jaki jest, bo przestaliśmy ufać mocy wspólnej, gorącej modlitwy. Jak zawodnikom na boisku wydaje się nam, że nasza drużyna zwycięży dzięki błyskotliwym zagraniom jednego czy drugiego gwiazdora, a zapominamy, że do zwycięstwa potrzeba, by każdy członek drużyny solidnie do tego wspólnego wysiłku się dokładał...

***

 Mroczne czasy stanu wojennego czy, jak wolą inni, wojny polsko-jaruzelskiej. Przyszedł kolejny transport z pomocą. Trzeba go rozładować. Zabieramy się. Znów potrwa to... No, kawał czasu. Mozolne wkładanie paczek na barki kolejnych „mrówek”, cierpliwie taszczących je do magazynu. Paczki czasem niewygodne do dłuższego trzymania, po drodze różne przeszkody, o wracających po nowy pakunek już nie mówiąc.

– Koledzy, a może byśmy ustawili się w rządek i po prostu sobie te paczki podawali?

Propozycja jak propozycja. Pewnie można i tak. Ale czy to coś zmieni? Ustawiliśmy się w karnym szeregu, bez marudzenia rzucając dalej stojącemu kolejne pudła.

– Dużo tego jeszcze – zapytał ktoś przy okazji kolejnej krótkiej przerwy w pojawianiu się nowych paczek.
 Już wszystko! – padła odpowiedź.

Byliśmy zaskoczeni. Cały rozładunek nie zajął nawet połowy tego czasu, który zazwyczaj na przeniesienie takiej ilości paczek potrzebowaliśmy. Zgodne, sprawne zabranie się do pracy przez wszystkich okazało się wyjątkowo skuteczne.

 

To kolejny tekst z cyklu "No to się zreformujmy", poświęconego Jezusowej wizji Kościoła na podstawie osiemnastego rozdziału Ewangelii Mateusza. Więcej artykułów z tego cyklu znaleźć można TUTAJ.
 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama