Cierpliwy dla zniechęconych

Doskonały Bóg rozumie, że nie jesteśmy perfekcyjnymi maszynami. Traktuje nas jak osoby.

Reklama

1 Księga Królewska, 19

„Źle, źle, wszystko źle!” Kogo nie boli, gdy pod swoim adresem słyszy coś takiego? Zwłaszcza gdy sam ma świadomość, jak wiele rzeczy faktycznie mu się nie udało, ilu okazji nie wykorzystał, ile szans zaprzepaścił... Szczególnie to chyba bolesne, gdy służy się Bożej sprawie. Gdy na lekcji religii uczniowie głównie kontestują, gdy coraz mniej parafian przychodzi na niedzielną mszę, o zaangażowaniu w życie parafii już nie mówiąc. Albo gdy – w przypadku rodziców – własne dzieci porzucając Boże drogi decydują się żyć  wedle propozycji, jakie daje dzisiejszy, bezbożny świat. „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Jestem nieudacznikiem, Boże. Zawiodłem Twoje oczekiwania. Zastąp mnie lepiej w tych sprawach kimś innym, bo ja, jak widać, do niczego się nie nadaję”.

Tak, wierzący doskonale wiedzą, że Bóg jest dobry, że kocha człowieka, że przebacza, ale czy może nie zniecierpliwić się na kogoś, kto zawodzi? Skoro jest sprawiedliwy, to czy może nie tylko ugryźć się w język, ale i nie pomyśleć, że w sumie to  jestem do niczego? Skoro jest wymagający, to czy może nie wytknąć mi, że nie dorastam do wielkości mojego powołania?

Jest w pierwszej Księdze Królewskiej taka piękna opowieść. O Eliaszu, którego spektakularne zwycięstwo nad prorokami bożków nie przekształciło się w końcowy sukces. Wręcz przeciwnie.... Opowieść o jego strachu, zniechęceniu, poczuciu klęski... I odpowiedzi Boga.

„Kiedy Achab opowiedział Izebeli wszystko, co Eliasz uczynił, i jak pozabijał mieczem proroków, wtedy Izebel wysłała do Eliasza posłańca, aby powiedział: «Chociaż ty jesteś Eliasz, to jednak ja jestem Izebel! Niech to sprawią bogowie i tamto dorzucą, jeśli nie postąpię jutro z twoim życiem, jak [się stało] z życiem każdego z nich». Wtedy Eliasz zląkłszy się, powstał i ratując się ucieczką, przyszedł do Beer-Szeby w Judzie i tam zostawił swego sługę, a sam na [odległość] jednego dnia drogi poszedł na pustynię.

Przyszedłszy, usiadł pod jednym z janowców i pragnąc umrzeć, rzekł: «Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków». Po czym położył się tam i zasnął. A oto anioł, trącając go, powiedział mu: «Wstań, jedz!» Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył. Powtórnie anioł Pański wrócił i trącając go, powiedział: «Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga». Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie mocą tego pożywienia szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb. 

Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: «Co ty tu robisz, Eliaszu?»  A on odpowiedział: «Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie». Wtedy rzekł: «Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!» A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi.  Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: «Co ty tu robisz, Eliaszu?» Eliasz zaś odpowiedział: «Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie».

Wtedy Pan rzekł do niego: «Idź, wracaj twoją drogą ku pustyni Damaszku. A kiedy tam przybędziesz, namaścisz Chazaela na króla Aramu. Później namaścisz Jehu, syna Nimsziego, na króla Izraela. A wreszcie Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, namaścisz na proroka po tobie. A stanie się tak: uratowanego przed mieczem Chazaela zabije Jehu, a uratowanego przed mieczem Jehu zabije Elizeusz. Zostawię jednak w Izraelu siedem tysięcy takich, których kolana nie ugięły się przed Baalem i których usta go nie ucałowały».

Eliasz zdaje się lękać o własne życie. Przestraszył się gniewu Izebeli. Przede wszystkim jest chyba jednak zniechęcony. Pewnie pyta samego siebie co poszło nie tak? „Co mogłem jeszcze zrobić, by Izrael uwierzył Bogu, skoro nie przyniosło efektu tak spektakularne zwycięstwo nad zwolennikami bożków? Wszystko to było bez sensu. Okazuje się, że byłem zwykłym nieudacznikiem. Chyba lepiej, jeśli już umrę”...

Co powinien zrobić człowiek, któremu anioł przyniósł na pustynię jedzenie? Wedle moich i pewnie wielu innych wyobrażeń, powinien natychmiast stanąć na baczność. Powinien zacząć się tłumaczyć i przepraszać. Przecież właśnie uciekł z misji! Sprzeniewierzył  się swojemu powołaniu! A co zrobił Eliasz? Znów się położył i zasnął. Boży posłaniec musiał więc pofatygować się po raz drugi. Obudzić go, znów dać mu jeść i powiedzieć, że ma ruszać w drogę. Na Horeb....

Zastanawiająca ta cierpliwość anioła wobec Eliasza. Spodziewać należałoby się za ten brak gotowości pełnienia woli Boga jakichś uwag, przytyków, pouczenia czy nawet zbesztania. Ostatecznie anioł to ważna persona. A tu nic. Ani jednego złego słowa. Tylko kolejna porcja jedzenia i przekazanie, co powinien zrobić... Dla zniechęconych chyba bardzo pocieszające to pokrycie nietaktu Eliasza milczeniem....

 A na Horebie?  Tu już do Eliasza przemawia sam Bóg. Objawia mu się, choć uciekł z misji. I też nie ma gniewu, besztania, przytyków czy cienia złośliwości. Jest tylko (dwa razy) to spokojne i delikatnie: „Co ty tu robisz, Eliaszu?” I cierpliwe wysłuchanie żalów. Zakończone wysłaniem do dalszej pracy wraz z zapewnieniem, że wszystko co się stanie, będzie pod  Bożą kontrolą....

Eliasz nie jest dla Boga popychadłem. Bezduszną maszyną, która ma tylko pełnić Jego wolę. Bóg się z nim liczy. Liczy się z jego odczuciami, jego zniechęceniem, jego zmęczeniem, jego poczuciem bezsensowności wypełnianej misji. I jest wobec jego rozgoryczenia taktowny. To chyba ważna wskazówka dla wszystkich i dziś trudzących się nad sprawami królestwa Bożego. Bóg jest naprawdę dobry. I zawsze widzi w nas osoby. Nawet jeśli wydaje się nam, że skoro nie odnosimy sukcesów, to musi być z nas niezadowolony.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama