Bóg mój i mojego wroga

Nie będąc przeciw nikomu Bóg potrafi być po jednej i drugiej stronie.

Reklama

Księga Jonasza 3-4

Mentalność plemienna to nie tylko domena dzikich. Jak się zastanowić, to i my, tak niby cywilizowani, wyraźnie jej hołdujemy. Ot, wojny kibiców, niechęci między sąsiadującymi miastami czy regionami albo – już w polityce – gorące spory między wcale znów tak bardzo się nie różniącymi partiami politycznymi. Kiedy „biją naszych” wszyscy gotowi jesteśmy rzucić się na pomoc, kiedy „nasi biją” – jesteśmy zawsze skłonni wytłumaczyć ich zachowanie jakąś wyższą racją. Po której stronie tych plemiennych (czy narodowych) powinien stanąć Bóg?

Chyba niewielu zdaje dziś sobie sprawę, że wzięcie w tych wojenkach Boga na sztandar jest złamaniem II przykazania. Bóg może i jest po naszej stronie, ale nie znaczy, że jest przeciwko tym drugim. Jak w kłótniach między rodzeństwem ojciec czy matka opowiadają się po jednej stronie tylko wtedy, gdy tak nakazuje sprawiedliwość, tak i Bóg widzi racje obu zwaśnionych stron. I zależy Mu zarówno na jednych, jak i drugich. Widać to wyraźnie w Nowym Testamencie.

Akurat jednak gdy czyta się Stary Testament można odnieść inne wrażenie. Bóg zdecydowanie jest po stronie swoich wybranych. Najpierw Abrahama, Izaaka i Jakuba, potem Narodu Wybranego. Biblijna historia pełna jest scen, kiedy wprost walczy On po stronie Izraela. Siłą rzeczy występuje wtedy przeciwko jego wrogom. Czy ci inni, poganie, są dla niego mniej ważni? Czy nie dostrzega w nich osób, ludzi, z ich pragnieniami i uczuciami? Wydawać by się mogło, że są oni tylko tłem historii Izraela. Że są narzędziem do rozgrywek Boga z Jego ludem. Opowieść o Jonaszu – proroku połkniętym przez rybę – pokazuje jednak, że to nie do końca tak. Że dana Abrahamowi zapowiedź o błogosławieństwie, jakie dzięki niemu będą otrzymywały od Boga ludy całej ziemi (Rdz 12,3), nie jest gołosłowna.

Historia o Jonaszu to opowiadanie mądrościowe. Niekoniecznie jest więc prawdziwe w warstwie faktograficznej, ale na pewno niesie ze sobą prawdziwe przesłanie, prawdziwy morał. Bóg powołuje Jonasza i każe mu wzywać do nawrócenia mieszkańców Niniwy. Jonasz nie chce. Decyduje się nawet na ucieczkę przed Bogiem i stąd cała ta historia z burzą na morzu i połknięciem go przez rybę. Dlaczego nie chce? Bo Niniwa jest miastem asyryjskim! Zamieszkują ja poganie!. I to tacy, którzy napadli na Izraela i położyli kres Państwu Północnemu (Izraelowi, północnej części niegdysiejszego państwa króla Dawida), wyrządzając przy tym jego mieszkańcom wiele krzywd. Takich ludzi Jonasz ma wzywać do nawrócenia? To gorzej, niż gdyby Bóg posłał dziś kibica Wisły do kibiców Cracovii. Albo politykowi PiS kazał pełnić misję wśród posłów PO.

Nie o swoje życie boi się jednak Jonasz. Boi się raczej, że... odniesie sukces. Boi się, że ci wredni mieszkańcy Niniwy się nawrócą, a łaskawy Bóg im wybaczy. Wtedy nie spotka ich, zasłużona przecież z punktu widzenia Żydów, kara. A on, zapowiadający zagładę, wyjdzie z tego wszystkiego ośmieszony. Bo będzie zmuszony patrzyć na radosne i triumfujące gęby wrogów swojego narodu...

Oddajmy zresztą głos autorowi natchnionemu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama