Żyje się raz…

.. potem drugi i trzeci i znów? Nie. Człowiek ma tylko jedno, podzielone na etapy życie. Ziemskie i potem niebieskie. Ale gdy się w te drugie nie wierzy, wiara w Boga, przyjaźń, miłość, mądrość, władza i bogactwo – wszystko – traci sens.

Reklama

Podżyrowałam kiedyś pożyczkę, a dłużniczka nie spłaciła ani jednej raty – opowiada towarzyszka długiej podróży. Coś się jej stało? – spytałem głupio. Skądże. Znalazła naiwnych – wyjaśnia. Do dziś mieszka spokojnie gdzieś – i tu padła nazwa jednego z katowickich osiedli – i nigdy nawet nie próbowała pieniędzy oddać. Jadący z nami kolega dorzucił swoje i przypomniał o deweloperach, którzy pobierali ogromne zaliczki od swoich klientów, a potem ogłaszali bankructwo. Oczywiście od oszukanych banki ściągały należności z całą surowością. Powiedziałem coś o konieczności restytucji za kradzież i oszczerstwo, ale uświadomiłem sobie, że te łotry wcale nie musiały być wierzące. A może były, tylko tak jakoś niekonsekwentnie? Ułomna ludzka sprawiedliwość ich nie dopadła. Pokiereszowali ludziom życie, ale kto im co zrobi?

I przypomniałem sobie zupełnie inne wydarzenie sprzed lat. Wrześniową noc, którą wiedziony młodzieńczym zewem przygody postanowiłem najgłupiej w świecie spędzić na wędrówce z Cisnej do Leska. Szybko mi się odechciało. Próbowałem zatrzymywać jadące co jakiś czas drogą samochody, ale omijały mnie szerokim łukiem. Fakt. Stawać w środku nocy w lesie i zabierać nie wiadomo kogo, to głupi pomysł. Przecież można oberwać. Zniechęcony minąłem już Łubne, gdy usłyszałem warkot motoru. Motocyklisty nawet nie próbowałem zatrzymywać. Bardzo więc się zdziwiłem, gdy za chwilę zawrócił i zapytał, czy nie trzeba mnie podwieźć. Choć nie bardzo miałem jak usiąść i musiałem jechać bokiem, a plecak wylądował na kierownicy, jednak jakoś szczęśliwie dojechaliśmy do Baligrodu. Proponował, że mnie przenocuje, ale podziękowałem i poszedłem dalej, by paść ze zmęczenia kawałek dalej w jakimś rowie. Jednak gest tego człowieka zmienił moje spojrzenie na świat. Czy ktoś mu za to wynagrodził?

A przecież kiedyś i on i owi oszuści skoczą życie dokładnie tak samo. No, może ktoś z nich będzie miał lżejszą śmierć. Choć znając życie wiem, że niekoniecznie mój dobroczyńca. Jeśli nie ma nagrody za dobro i kary za grzech, po co się wysilać? Co w końcu w życiu warto?

Bo wszystko to rozważyłem
i wszystko to zbadałem.
Dlatego że sprawiedliwi i mędrcy, i ich czyny
są w ręku Boga -
zarówno miłość, jak i nienawiść -
nie rozpozna człowiek tego wszystkiego,
co przed oczyma jego się dzieje.
Wszystko jednakie dla wszystkich:
Ten sam spotyka los
sprawiedliwego, jak i złoczyńcę,
tak czystego, jak i nieczystego,
zarówno składającego ofiary, jak i tego,
który nie składa ofiar;
tak samo jest z dobrym, jak i z grzesznikiem,
z przysięgającym, jak i z takim,
którzy przysięgi się boi.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • cd pewność wiary
    14.04.2011 12:08
    Na wstępie chce podziękować za odpowiedź i ustosunkowaniwe się do mojej wcześniejszej pisaniny.
    Problem z uwierzeniem nie wypływa jednak stąd, że nie widziało się zmartwychwastania na własne oczy.
    Jak sam pan napisał - to co oczy widzą też może być złudzeniem. Stąd też wydażenia opisane jako objawienia tak trudne do przyjęcia sa jako wiarygodne, mimo ofiary jaką ponieśli głoszący je, bo przecież ich głoszenie jest oparte na tym co widzieli (oczami). Co więcej, autentyczność historii z Pisma, w które mamy jako chceścijanie wierzyć, przez samo określenie ich jako "objawione", jest mocno wątpliwa. Jak to sie mówi "papier przyjmie wszystko" i w imię wyższych celów (np. spisania nauki moralnej pod płaszczykiem wiary) możliwe było napisanie książki o która miałaby nosić znamiona świętej księgi.
    Trudno uwierzyć w takiego Boga, który bawi się w chowanego, a za potwierdzenie jego istnienia i ojcowskiej miłości (dziwnie rozumianej zważywszy na historię ludzkości), służyć ma opowieść o zagadkowych zdarzeniach, które mają wystarczać do pójścia za Synem bożym. Jeśli osobie, a za taką mamy uważać Boga, zależy na komunikacji z drugą osobą (człowiekiem), to czemu nie dostosuje przekazu do poziomu swych umiłowanych dzieci, istot przecież rozumnych. Korzystając ze swej wszechmocy, skoro Mu na nas zależy, nie stosuje komunikacji spójnej i jednoznacznej, tylko symboliczną, alegoryczną, paraboliczną, której mozliwości interpretacji i słabość w rozpowszechnianiu przez szafarzy słowa, naraża biedne owieczki na potępienie.
    Wiele aspektów szeroko pojętej wiary tak trudych jest do przyjęcia, a wręcz sprzecznych z podejściem zdroworozsądkowym. Czemu tak brutalny musi być ten argument, że wierzę tym co głosili bo za to zginęli w męczeństwie. To takie sadystyczne. A jeśli jednak żyje się raz, to może warto głosić naukę o fundamencie etycznym zgodnym z nauką Kościoła, lecz nie uciekać się do straszenia bądź robienia (może złudnej) nadziei. Może wtedy więcej ludzi uwierzyło by że warto to jedno życie przeżyć w miłości i pokoju. Chyba, że założenie Kościoła polega na tym iż bez manipulacji metafizyką, do "baranków" się nie trafi, a jego misja polega na odpowiednim podsycaniu potrzeby uczestniczenia w sakrametnach. Bo jak do końca z założenia coś ma cechę misterium, czyli tajemnicy, to trudno to podważyć. A wykorzystując naturalną potrzebę afiliacji, tworzy się wspólnotę opartą na dobrej bajce.
    Proszę nie traktować mojego pisania jako ataku na wiarę Kościół, czy wierzących. Jednak nawracanie poprzez wykorzystanie ludzkiej łatwowierności poprzez głoszenie niesprawdzalnych historii może wydawać się zwykłym oszukiwaniem. A piszę to, aby skłonić do refleksji braci i siostry, na temat tego w co i Kogo wierzą i na podstawie czego. Bo może jednak żyje się raz... i warto z tego czerpać bez uciekania sie do transcendencji.
  • Andrzej_Macura
    16.04.2011 21:06
    Zawsze mnie zastanawia jak to jest, że kiedy człowiek szuka Boga chce mieć pewność stuprocentową. Nie wystarczają świadkowie (nie jeden, ale wielu) nie wystarczają cuda, które potwierdzają istnienie świata nadprzyrodzonego, ani rozum, który podpowiada, ze raczej mało prawdopodobne, by świat wziął się z niczego. Każdy niewierzący chce Boga złapać za rękę. Ale jak złapie, to będzie opowiadał, że mu się przywidziało. Przecież zawsze znajdzie się jakaś teoria, która zgrabnie rzecz wyjaśni, prawda?

    Jakoś brak pewności, że nie wpadnie Pan pod samochód nie przeszkadza Panu wychodzić rano z domu. Brak pewności, ze dojedzie Pan samochodem szczęśliwie do pracy nie przeszkadza panu do samochodu siadać. Tylko brak absolutnej pewności odnośnie do zmartwychwstania Panu przeszkadza....

    Nigdzie nie napisałem, jak mi to zarzucono, że człowiek nie może używać świata. Wiara tego nie zabrania. A Kohelet wręcz do tego zachęca. Chrześcijanie maja unikać niemoralności. I tyle. Nie rozumiem natomiast dlaczego głosząc, ze jest nadzieja, robię coś złego. Bo skoro jest, choćby niewielka, to ma mówić, ze nie ma się co łudzić? Czy to byłoby uczciwe?

    Bo to jest tak: Pan chciałby, żeby swoje tezy mogli głosić tylko ateiści, a wierzący w Boga, powinni milczeć. Prawda?
  • Nell
    06.04.2012 09:54
    A ja myślę ..., że niektórzy po prostu źle szukają :P
    Pismo Święte jest przewodnikiem w wierze, a nie jej źródłem. Z własnego doświadczenia wiem, że szukać Boga należy "sposobem". To droga otwierania oczu serca i umysłu, szukania śladów miłości i prawdy, zaczynając od podstaw, to droga widziana oczami dziecka, którą są zdolni iść ci, którzy szukają z otwartym sercem :)
    Aby iść drogą wiary musiałam zmienić swój sposób patrzenia, dopuszczać do siebie myśli i uważnie wsłuchiwać się w ich treść, musiałam też poddać się przemianie serca, na bardziej wrażliwe, przebaczać, otwierać się na innych, nie zamykać się przed odczuciami i myślami, rozważać w sercu itd.
    Dochodzenie do wiary jest dochodzeniem do prawdy również i o samym sobie, oraz o innych ludziach, poznawanie nas samych, życie w sposób bardziej świadomy i otwarty, odejście od schematów myślenia itd. odkrywając siebie, innych, świat i poszukując Boga, zwracając się wprost do Niego. I ostatecznie pozwalając by w puste miejsce w nas samych dotarła miłość, nadzieja, wiara.

    Wiara, nadzieja, Bóg przychodzi, do tych którzy Go poszukują, z otwartym sercem i do tych który pozwalają odejść od nich złu i robią miejsce tylko dla dobra. Do tych którzy oddają Bogu wszystko co w nich było starego, aby otrzymać nowe życie. Do tych, którzy pozwalają sobie, aby uwierzyć w dobro, pomimo istnienia na świecie zła. Ale zanim do tego dojdzie, każdy ma do przejścia swoją drogę, z otwartymi oczami serca i umysłu.
    i tyle :)
  • Nell
    06.04.2012 12:04
    Tak sobie myślę, że powinnam jeszcze dodać, dla jasności
    że wiara bierze się z poznania Miłości obecnej w nas poprzez Ducha Świętego, której najgłębszym wyrazem jest Jezus, którego poznanie może się dokonywać w oparciu między innymi o Pismo Święte, ale warunkiem tego poznania jest obecność Ducha Św. :)
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama