Ewangelia - nowina cesarza?

W czasach gdy Ewangelia wraz z Jezusem Chrystusem przyszła na świat, nie miała owego łagodnego i niewinnego wydźwięku, który dziś staramy się w niej usłyszeć, mówiąc na przykład o „Dobrej Nowinie”.

Słowo „Ewangelia” było w czasach Jezusa raczej nacechowane politycznie i należało do „politycznej teologii” tamtych czasów. „Ewangelią” określano bowiem wszystkie rozporządzenia cesarza, nawet w najgorszym przypadku, gdy nie zawierały żadnej „dobrej wiadomości” dla danych osób. „Ewangelia” oznacza w prostym tłumaczeniu nowinę cesarza. Dobrą nowiną była ona w pierwszym rzędzie nie ze względu na treść, lecz ponieważ pochodziła od cesarza, a tym samym od człowieka, który – rzekomo – miał świat w ręku.

W tym właśnie sensie należy pojmować także Jezusową Nowinę. Jednak nie dlatego, że nam się ta nowina od razu podoba, czy też dlatego, że jest wygodna lub przyjemna, lecz dlatego, że pochodzi od Tego, który nie rości sobie już prawa do bycia Bogiem wydającym swoje nowiny jako ewangelie, ale sam jest Synem Bożym i w swojej Ewangelii ma klucz do prawdy, a tym samym prawdziwej radości. Nawet jeżeli nam, chrześcijanom, prawda Ewangelii nie zawsze wydaje się wygodna – i w rzeczywistości też taka nie jest – to jednak tylko Jego prawda czyni wolnym i radosnym, ponieważ w tym słowie królewskiej Nowiny rozbrzmiewa Słowo życia wiecznego.

Kościół jest zobowiązany głosić Słowo Boże jako słowo życia dla ludzi. Ta koncentracja jego misji na przekazywaniu Ewangelii narzuca się także z drugiego powodu. Jedno z wielkich wyzwań w dzisiejszej sytuacji duszpasterskiej polega na tym, że przekazywanie wiary przyszłemu pokoleniu stało się kwestią przetrwania chrześcijaństwa. Coraz częściej doświadczamy tego, że nawet ukształtowane historycznie tradycyjne drogi przekazywania wiary i doprowadzania do wiary i kościelnego życia, a także związane z tym miejsca nauki wiary – rodzina, parafia, lekcje religii i szkoła – stają się coraz słabsze i zupełnie zanikają. Chodzi nie tylko o to, że w wielu rodzinach nie ma już pierwotnej socjalizacji do kościelnego życia – także w szkole przekazywanie wiary staje się coraz bardziej ubogie; nawet lekcje religii, które mają zawsze tylko działanie pomocnicze, mogą budować jedynie na już istniejących podstawach wiary.

Mimo tych istotnych zmian w centrum pracy duszpasterskiej jest dziś ciągle jeszcze sakramentalizacja ludzkiego życia, a nie ewangelizacja, która w warunkach misyjnych bez wątpienia musiałaby być decydującą perspektywą przewodnią w kościelnym duszpasterstwie. Tej sytuacji Kościół może sprostać tylko wtedy, gdy tradycyjne duszpasterstwo odzyska swój pierwotny, ewangelizujący wymiar.

Słusznie podkreśla się, że tradycyjna kategoria „praktykującego katolika” w dzisiejszej sytuacji Kościoła nie jest już przekonująca, a w każdym razie dotyczy tylko niewielkiej mniejszości, większość zaś należy raczej traktować jako „pielgrzymów” i „konwertytów”. To są ludzie, którzy nie są po prostu chrześcijanami, lecz są w drodze do tego, by nimi zostać. Pielgrzymi i konwertyci nie są jeszcze przekonanymi chrześcijanami; to są ludzie, którzy poszukują swoich życiowych przekonań i stają się chrześcijanami tylko w spotkaniu z przekonanymi chrześcijańskimi osobami i wspólnotami. W tej zagmatwanej sytuacji Kościół musi wyjść od „pastoralnej wyższości słowa nad sakramentem”. Oznacza to „pastoralną zmianę paradygmatu” w tym sensie, że linią przewodnią duszpasterstwa nie może być szerokie zaopatrywanie w sakramenty, jak to miało miejsce w ubiegłych stuleciach Kościoła ludowego, lecz jego miejsce musi zająć raczej „pastoralny priorytet ewangelizacji”...

*

Powyższy tekst jest fragmentem książki "Na rozdrożu. Jaka jest przyszłość naszej wiary". Autor: abp Georg Gänswein. Wydawnictwo: Esprit.

Ewangelia - nowina cesarza?

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

Reklama