Umywanie nóg

Jest to fragment książki Marii Szamot "Chcę widzieć Jezusa" :. , który publikujemy dzięku uprzejmości i zgodzie Wydawnictwa WAM :.



Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?” Jezus mu odpowiedział: „Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział”. Rzekł do Niego Piotr: „Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał". Odpowiedział mu Jezus: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną". (...)

Powiedział do niego Jezus: „Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy”. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: „Nie wszyscy jesteście czyści”.

A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: „Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy mnie nazywacie «Nauczycielem)> i «Panem)>, i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, sługa nie jest większy od swego pana, ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować. Nie mówię o was wszystkich. Ja wiem, których wybrałem; lecz [potrzeba], aby się wypełniło Pismo: Kto ze Mną spożywa chleb, ten podniósł na Mnie swoją piętę. Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja Jestem. (...)

To powiedziawszy Jezus doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeden z was Mnie zdradzi”. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego - ten, którego Jezus miłował - spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: „Kto to jest? O kim mówi?” (...) Jezus odparł: „To ten, dla którego umaczam kawałek [chleba] i podam mu”. Umoczywszy więc kawałek [chleba], wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka [chleba], wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: „Co chcesz czynić, czyń prędzej!”. (...)

A on po spożyciu kawałka [chleba] zaraz wyszedł. A była noc (J 13, 1-30).


Było to przed Świętem Paschy – rozpoczyna swą opowieść św. Jan. Tylko on spośród czterech ewangelistów odnotował to wydarzenie. Odnotował ze szczegółami, które okazują się niebagatelne, gdy zechce się wniknąć w jego wymowę. Czyżby więc tylko on był wówczas w stanie odczytać sens wydarzeń? – wówczas lub może niewiele później, gdy szczegóły nie zatarły się jeszcze w pamięci i myśl mogła podążyć ich tropem...

Było to... – taki początek upewnia, że dalej nastąpi sprawozdanie i że to, co przy okazji tego sprawozdania zostanie powiedziane, odnosi się do relacjonowanych wydarzeń. Ważne, by o tym pamiętać, bo już najbliższe zdania Janowej perykopy nie są jasne od pierwszego rzutu oka, a traktując je jako samoistne, niezależne od reszty relacji, łatwo je przeinterpretować.
A więc było to przed Świętem Paschy. Dlaczego Jan pisze, że przed Świętem, skoro pozostali świadkowie mówią wyraźnie, że w pierwszym dniu Święta Przaśników, czyli właśnie w Święto Paschy? La-sus czy nagła zmiana zamysłu literackiego? Skąd mu się wzięło to „przed”? Może pojawiło się dlatego, że pierwotnie św. Jan zamierzał opowiedzieć o tym, jak wraz ze św. Piotrem został wysłany, by przygotować wieczerzę ( Łk 22, 8), lecz potem, doszedłszy do wniosku, że na tle powagi i miary dalszych wydarzeń jego osobisty w nich udział nie ma większego znaczenia, zrezygnował z pierwotnego zamiaru i całą uwagę poświęcił Osobie Jezusa. Może...

Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. O czym mówi tu Jan? Najpierw o tym, że Jezus był w pełni świadomy tego, że to już ostatnie godziny Jego misji. Tak, każde niemal zdanie, które wypowiedział tego wieczoru, świadczy, że wie co Go czeka i że to On jest panem tej sytuacji. Wie i współkonstruuje taki właśnie przebieg wydarzeń. Ale nie to jest w Nim w tych nabrzmiałych znaczeniem chwilach najbardziej uderzające, najbardziej zdumiewające, lecz Jego niesłychana miłość do ludzi. Ewangelie odnotowują różne Jego reakcje w zetknięciu z człowiekiem: radość wobec wyznania Piotra, miłość dla bogatego młodzieńca, a potem smutek, gniew w zetknięciu z kupczącymi w świątyni, litość dla paralityka, stanowczość względem faryzeuszy... Ale teraz, gdy nadeszła Jego godzina przejścia, jakby zapomniał o wszystkich naszych niedoskonałościach, słabościach, a nawet ogromie złej woli. Teraz została już tylko miłość do swoich. Tak to Jan określa: swoich, to znaczy tych, wśród których był naprawdę u siebie, w domu, na swoim miejscu. Nie banita z niebieskiej ojczyzny, ale Człowiek wśród ludzi, bo – choć na jedyny w swoim rodzaju sposób – jest spośród nich, z ich plemienia.

Gdy człowiek świadom jest, że jego życie dobiega kresu, wtedy wiele rzeczy, dotąd też ważnych, usuwa się z pola widzenia. Pozostaje zaś tylko to, co najważniejsze. To, co stanowi centrum, rdzeń. To, wokół czego zostało skonstruowane to kończące się teraz życie. Owo pozornie dziwne zderzenie dwóch odmiennych, niezwiązanych ze sobą informacji, że świadom był, iż nadeszła Jego godzina przejścia i że swoich umiłował opisuje właśnie owo odsłonięcie się „rdzenia” w obliczu końca. Odtąd to on, ten rdzeń, steruje logiką wydarzeń, on jest ich zasadą. Miłość do człowieka i to miłość do końca, to znaczy już niczym niepowściągana – przez żaden dodatkowy cel, zamysł – miłość niczego nieoczekująca w zamian – nawet wiary – i bezgranicznie obdarzająca, staje się sposobem bycia Jezusa w tych ostatnich godzinach swobody. Jest formą Jego obecności wśród ludzi. Jest tożsama z Jego obecnością.

Ta miłość niewiele jednak ma wspólnego z rozczuleniem, wzruszeniem, wdzięcznością, jakie odczuwa człowiek na łożu śmierci, gdy widzi wokół siebie przejęte powagą, zatroskane o niego twarze bliskich, rodziny, przyjaciół. Ich obecność ma mu dodać otuchy, bo choć ani oni, ani on nie znają drogi, która się przed nim otwiera, ma wiedzieć, że ich serca biją w rytm jego serca, że są z nim, że jego los jest im nieobojętny. I umierający to świetnie czuje.

Z Jezusem jest jednak inaczej. On wie, że od Boga wyszedł i do Boga idzie. Dla Niego Jego własny „los” jest całkowicie jasny, czytelny. Wie, Kim jest. Wie, przez co i dlaczego przejdzie. I wie, dokąd Go to zawiedzie. Dlatego Jego miłość nie karmi się oznakami miłości doznawanej od innych. Jego miłość jest całkowicie z Niego. Jest miłością nadrzędną, miłością do końca – skończoną miłością, jak niegdyś mawiano o czymś doskonałym, niczym niewarunkowanym. I jako taka jest miłością nade wszystko obdarzającą – taką, jak miłość Jego Ojca.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |