Wytrwałość

Tak, jest ważna. Ale bez trwania – w Chrystusie – na nic by się zdała.

W Ewangelii Jana w ustach Jezusa wielokrotnie pojawia się zwrot JA JESTEM. Gdy sformułowanie to połączone jest z orzecznikiem – jak powiedzieliby filolodzy – oznacza wskazanie, kim On jest dla nas, ludzi. A Zmartwychwstały daje wierzącym w Niego więcej, niż to na co dzień się nam wydaje.

Daje? Tak. Ale kiedy po raz ostatni mówi „Ja jestem” wyraźniej niż wcześniej stawia też wymaganie.

Ja jestem krzewem winnym

Wytrwałość...  

Co właściwie się stało? Pogoda od tygodnia była niezła. Nie zapowiadało się jakiejś jej pogorszenie. Naprawdę przestraszyłem się doniesieniami, że gdzieś tam dalej na wschód napadli na turystów? Zamiast ruszyć ku Czertowicy i zahaczając o Czarcie Wesele (;)) pójść dalej zawróciłem i po trawersie Dziumbira zszedłem do Demianowskiej. Nawet na Krakovą już mi się nie chciało wejść. „Przecież niebawem tu wrócę” – myślałem. Tak, wróciłem. Po 10 latach. Pozostał niedosyt...

Rok później były inne góry. Po nocy w pociągu nie szło się zbyt dobrze. Pierwsza burza przyszła ledwie minąłem Przełęcz Bukowską. Szybko, z powrotem, pod wiatę. Druga, która przyszła znikąd, już pod Tarnicą. Gdy się uspokoiło uznałem, że tym razem nie ma co wchodzić na wierzchołek. Nie wydawało się, by burza powiedziała tego dnia ostatnie słowo. Więc szybko, przez Szeroki, dopóki odpuściła. Po dwóch godzinach przemoczony i zmęczony znalazłem ostatnie miejsce w zatłoczonym schronisku. Jak się ogarnąć? Wyprać co było przemoczone i ubłocone, choć trochę wysuszyć? Jakoś doprowadziłem się do porządku. I swoje mokre rzeczy też. Gdy następnego dnia, okutany w przeciwdeszczowe "co się da" ruszyłem dalej, zupełnie serio zastanawiałem się, czy to ma sens? Może i nie miało, ale tym razem nie zamierzałem się łatwo poddawać. Przez najbliższych dziesięć dni parę razy zmokłem, parę razy uciekałem przed burzą (zazwyczaj ostatecznie przegrywając). Dopiero potem się uspokoiło.  Ale po tej wędrówce nie było niedosytu...

Wytrwać...

Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - jeśli nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie.

W tej alegorii chodzi oczywiście o coś więcej niż zwykłą wytrwałość. Ale  w tym trwaniu, trwaniu w Jezusie, wytrwałość też jest potrzebna. To chyba pierwszy ku owemu trwaniu krok. Konsekwentnie, nie ulegając nastrojom czy zachciankom. Jeśli chcesz owocować, musisz trwać wytrwale.

A drugi krok... Odłamana gałąź, ścięty i włożony do wazonu kwiat. To obrazy nam bliższe niż rzadko uprawianej w naszych warunkach winorośli. Ale sens ten sam: oddzielona od pnia, oddziela od korzeni roślina szybko usycha. I choćby kwitła nie wiadomo jak pięknie, nie wyda owocu. Tak też jest z życiem chrześcijańskim. Nie wystarczy ta pierwsza decyzja: „idę za Jezusem”. Nie wystarczy nawet sama wytrwałość. Żeby żyć, mieć życie w obfitości,  trzeba jeszcze z Chrystusa czerpać soki.

Jak? Modlitwa, sakramenty... Na pewno. Tylko... by trwać trzeba chyba czegoś więcej, niż uczestnictwa w rytuale. Czego? Powróćmy do poprzednich odcinków tego cyklu. Po kolei: trzeba podchodzić do Jezusa jak do źródła wody żywej, nie jednej z wielu studni, przy których można na chwilę zaspokoić pragnienie. Trzeba przyjmować Jezusa nie tylko w komunii i kłócić się o to, czy godnie znaczy tylko do ust, ale i traktować Go i Jego naukę jak chleb życia. Wydaje się nieżyciowa? Ale przecież życie nią daje życie prawdziwe, życie w pełni. Trzeba też na serio traktować Jezusa jak światło dla świata, a nie jak jedno z wielu światełek, które zapala dzisiejszy świat. Trzeba przez Niego wchodzić do owczarni, nie, jak złodziej, przez płot; trzeba ufać, że jest dobrym pasterzem, przewodnikiem na drogach życia , a nie najemnikiem, któremu na nas nie zależy, który ukrywa przed nami to co dobre i piękne, a prowadzi nas na manowce próżnych nadziei.

Dalej? Trzeba mocno ufać, że to nasze życie się nie kończy. A nie żyć na co dzień tak,  jakby wieczność nie miała znaczenia, bo nigdy nie miałaby nadejść. Trzeba na serio uznać, że Jezus jest jedyną Drogą do domu Ojca, nie jedną z wielu propozycji; trzeba uwierzyć, że jest cała Prawdą  o życiu i ludzkim i ludzkim przeznaczeniu, a idąc z Nim żyje się w prawdzie. Trzeba odkryć, że jest Życiem, a bez Niego można tylko wegetować, by ostatecznie uschnąć...

Jak to było z tym ziarnem Bożego słowa w człowieku? Niektóre padły na drogę, na grunt skalisty, między ciernie... Można spotkać czasem chrześcijan, których kiedyś wiódł entuzjazm, ale teraz, zwyczajnie, już się Chrystusem i Dobrą Nowiną znudzili. Niezauważalnie zamienili źródła wody żywej – jak pisał kiedyś brat Roger – na popękane cysterny, które marnie magazynują zgromadzoną tam niegdyś wodę. Ważniejsze stały się inne sprawy. Ot, kariera, polityka. To one stają się motorem napędowym życia i według reguł jakich one wymagają, człowiek zaczyna żyć. Tymczasem trwać w Jezusie to pozwolić, by Ewangelia była dla nas ciągle inspiracją, to pozwolić działać w nas Bożej łasce. To ciągle podejmować decyzję pójścia z Tym, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. W każdej chwili i sytuacji życia. Czy jako małżonek, jako rodzic, jako przyjaciel, czy jako pracownik, szef w pracy, polityk... Zawsze czerpać z Jezusa. I mieć świadomość, że nieważne co było 5, 10 czy 20 lat temu, gdy wiódł człowieka entuzjazm wiary, ale ważne co jest dziś. Bez tego się usycha.

Był jeden z tych bajkowych, przepełnionych słońcem dni. Wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że wyż azorski, które się właśnie u nas na dobre rozgościł, da przynajmniej kilka dni dobrej pogody. Wokół nas – morze grani i szczytów. Nie wszystkie potrafiliśmy nazwać. Był lipiec, ale na zboczach leżało jeszcze pełno nie stopionego po zimie i zimnej wiośnie śniegu. Wkalkulowaliśmy go w nasze parodniowe plany. Wystarczyło zdjąć zewnętrzną, przybrudzoną kamiennymi drobinami warstwę, a pod spodem ukazywał się bielusieńki firn. Byłoby co pić, byłoby na czym gotować. Byłoby. Niestety, zepsuł się nasz gazowy palnik. Język powoli stawał w ustach kołkiem. Próżne żale, że nie wzięliśmy na zapas benzynowego „szalonego Piotrusia”: trzeba było schodzić. Póki ów zmiękczony w ciągu dnia śnieg, leżący na stromych zboczach, nie zamieni się w lód. Przez głupi brak wody. Ale bez niej nie da się żyć.

Tak, podobnie bez tych życiodajnych soków, które daje chrześcijaninowi trwanie w Chrystusie, też się nie da.

-------------------------

Wszystkie teksty cyklu

Dający życie wieczne Chleb z nieba

WIARA.PL DODANE 30.04.2021 AKTUALIZACJA 14.05.2021

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama