Słownik biblijny

Hasła na literę „K”

KRZYŻ


występował na tle koła jako znak słońca lub czterech stron świata u starożytnych ludów Mezopotamii, Indii oraz Europy. Umieszczany na starożytnych pieczęciach i amuletach, miał przynosić zdrowie oraz chronić przed niebezpieczeństwami.

Starożytność zna całkiem negatywne znaczenie krzyża. Przybijanie do niego skazańców uchodziło za najokropniejszy rodzaj śmierci. Ten zwyczaj okrutnego karania pochodził z Persji i został przejęty przez Kartagińczyków, a następnie przez Rzymian. Chociaż w pierwszym okresie ukrzyżowanie było u Rzymian powszechnym sposobem egzekucji, później zostało ograniczone do niewolników. W każdym razie obywatel rzymski mógł zostać ukrzyżowany dopiero po odebraniu mu obywatelstwa. Słowa Cycerona nie pozostawiają żadnej wątpliwości, że był to najokropniejszy z rodzajów śmierci, którego nie można było stosować wobec Rzymian: „Związać obywatela rzymskiego to jest przestępstwo, obić go to jest zbrodnia, zabić prawie ojcobójstwo. A cóż mam powiedzieć o zawieszeniu na krzyżu? Rzeczy tak przerażającej nie można nadać odpowiedniej jej nazwy”.

Skazaniec musiał sam nieść poprzeczną belkę (patibulum) na miejsce stracenia. Następnie przybijano lub przywiązywano go do niej z rozłożonymi ramionami, podnoszono go w górę, przytwierdzając poprzeczną belkę do osadzonego w ziemi pionowego pala (staticulum). W zależności od miejsca połączenia dwóch belek, powstawała crux commissa (w kształcie litery T) lub crux immissa (w kształcie +). Gwoździe wbijano w nadgarstki, a nie w dłonie. Na palu umieszczano zaś podpórkę (sedile), aby ciało nie oderwało się z krzyża.

Śmierć następowała z wyczerpania lub wykrwawienia po wielu godzinach, a czasem dopiero po kilku dniach. Były to straszne cierpienia podczas samego ukrzyżowania oraz dodatkowe tortury zadawane przez oprawców. Na miejsce ukrzyżowania wybierano miejsca bardziej uczęszczane, zazwyczaj przy drodze do miasta, obok bramy lub muru, aby ta hańbiąca kara mogła służyć za przykład odstraszający dla wszystkich przechodzących.
(za: Gość Niedzielny Nr 37/2003)