Nie z tego świata

Uczeń Chrystusa wprawdzie jest ze świata i mieszka w świecie, ale i nie jest ze świata. Skomplikowane?

Już noc. Klikam w krzyżyk zamykający przeglądarkę. Potem ruch myszą w lewy dolny punkt ekranu. „Start”, „Zasilanie”, „Zamknij”. Na dziś mam już dość. Źle, źle i źle. Kościół oczywiście. Zda się, że niczego nie robimy dobrze. Z wyjątkiem oczywiście tych, którzy, w sumie też nic albo niewiele robiąc, mają dla swoich współwyznawców cała masę wspaniałych rad. Jak powinni i co muszą. No i te przestrogi: „jeśli Kościół nie zrobi tego czy owego, to...” . Są wśród nich zapewne także rady słuszne. Ale czy naprawdę – jak chcą tego niektórzy – zamiast zmieniać świat musimy poddawać się kolejnym, co raz to nowym kulturowym modom? Nawet jeśli są pogańskie? Nawet jeśli naruszają niezmienny depozyt przekazanej nam przez Chrystusa wiary i moralności? W imię czego? Doprowadzenia do zbawienia tych, którzy o zbawieniu nie chcą słyszeć, a dla których i tak niebo, którego zasad nie aprobują, będzie piekłem?

Wydaje mi się, że nie taką Ewangelię poznałem. Ale może się mylę. Może nie zrozumiałem Ewangelii.  Sięgam więc do niej jeszcze raz. Tym razem do chyba najtrudniejszej w odbiorze, według Jana. Nie, nie z zarozumiałego przekonania, że mądrzejszy od innych wszystko w niej bez trudu rozumiem i zaraz udowodnię tym wszystkim pouczającym Kościół,  że się mylą. Pamiętam po prostu, że ktoś kiedyś, pisząc o niej zauważył, że dzieli się na dwie części, a w pierwszej z nich pokazany został stosunek Jezusa do świata. No właśnie: Jezusa do świata więc i jego uczniów do świata. Powinienem więc tam znaleźć odpowiedź na swoje pytania na ile uczeń Chrystusa powinien być tegoż świata przyjacielem.

Nie boję się konfrontacji mojej wiary z tym, czego uczył Chrystus. Bez tego nie jest się przecież naprawdę uczniem. Choć przyznaję, swego czasu męczyło mnie w lekturze Janowego pisma ciągłe bycie Jezusa w kontrze. Ci, z którymi dyskutował nigdy nie rozumieli, nigdy nie mieli racji. Kiedy chrześcijaństwo jawi się  jako religia tylko i wyłącznie pokoju, naprawdę trudne. Ale dziś, gdy dobitniej docierają do mnie słowa Jezusa o tym, że przyszedł na ziemię rzucić ogień...

Zapraszam Cię, Drogi Czytelniku, byśmy tą droga poszli wspólnie. Ale ostrzegam, że nie będzie łatwo. Także dlatego, że lektura dzieła Jana do bezproblemowych nie należy. Nam, wychowanym na matematyce i logice (czy to jeszcze aktualne?), przyzwyczajonym więc do jasnej, liniowej argumentacji, ciągłe krążenie Jana wokół jakiegoś tematu, ciągłe cieniowanie niuansów, może wydawać się trudne do ogarnięcia. Ale jeśli nie rościmy sobie pretensji do uznania, że wszystko doskonale ogarnęliśmy, możemy pojąć bardzo wiele. Pojąć, bo po części nie do wyartykułowania intuicją, nie samym rozumem. Jeśli więc chcesz – zapraszam. Tym mocniej, jeśli możesz o sobie powiedzieć, że w sprawach wiary jesteś już „starszy” i nie mleka wiary Ci trzeba...

Przygotowując się do pisania przewracam karty Pisma szukając miejsca podziału Ewangelii Jana na wspomnianą pierwszą i drugą część; Jezus wobec świata, Jezus wobec uczniów. Natrafiam przy okazji na zamienne słowa; fragment chyba nigdy nie czytany podczas liturgii. Jest po wskrzeszeniu Łazarza, jest po pamiętnej uczcie w Betanii – tej, na której Maria drogocennym olejkiem namaściła nogi Jezusa – i po triumfalnym wjeździe Jezusa do Jerozolimy, podczas którego świadectwo o Jezusie dają ci, którzy widzieli jak wskrzesił Łazarza. Wielki triumf Jezusa. Co teraz mogłoby pójść nie tak? Nawet faryzeusze zdają się widzieć, że przegrali i  mówią jeden do drugiego: „Widzicie, że nic nie zyskujecie? Patrz - świat poszedł za Nim”. Ale świat, który dziś krzyczy „hosanna”, parę dni później przytaknie religijnym przywódcom Izraela, kiedy będą domagać się, by Jezusa ukrzyżował. I nie zrobi na tym świecie wrażenia nawet to, że dla uzyskania wyroku skazującego owi przywódcy wyprą się swojej wiary, wiernopoddańczo i bluźnierczo zarazem deklarując „poza cezarem nie mamy króla”. Bo świat...

To pierwsza, niespodziewana trochę lekcja jaka daje już teraz Ewangelia Jana. Świat dziś fascynuje się jednym, jutro drugim. Nie ma co szukać w tych fascynacjach i wyborach świata jakiejś logiki, nie ma co  oczekiwać konsekwencji. Pójście za Chrystusem zaś takiej konsekwencji się domaga. Dostosowania do poznanej prawdy swojego życia. Choćby dlatego droga ucznia Jezusa nie może być drogą świata. I chyba też nie do świata. Powinna chyba raczej być drogą do jego dróg równoległą. Tak, by z dróg świata łatwo można było na drogę ucznia Chrystusa przejść. Nie można jednak drogi ucznia i drogi świata mylić. Bo choć nieraz przebiegają blisko siebie, ostatecznie prowadzą zupełnie gdzie indziej.

Zapraszam więc do systematycznej lektury kolejnego na Wiara.pl cyklu „Już nie z tego świata”. Pamiętaj tylko, że to może okazać się naprawdę trudne. Ale przecież nawet zadbanie o strawę dla ciała wymaga wysiłku. Cóż dziwnego, że także gdy chodzi o pokarm dla ducha?

Pierwszy po tym wstępnym odcinek cyklu – w tym tygodniu na Wiara.pl)

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama