Bo mu zależy na człowieku

Kiedy w imię wolności pozwalam, by człowiek nie ewakuował się z tonącej łodzi, tak naprawdę pokazuję, że nie człowiek jest dla mnie ważny, a zasada.

Z cyklu „Nie z tego świata”

Jezus wyszedł ze świątyni, udał się na Górę Oliwna, ale „o brzasku zjawił się znów w świątyni”. Tak rozpoczyna się ósmy rozdział Ewangelii Jana. Podział na perykopy jaki znajdujemy w tłumaczeniach Biblii bywa mylący. Sugerując, że coś jest odrębną sceną utrudnia odkrycie nauki, jaka płynie ze związku między nimi. Warto dokładniej  przyjrzeć się tekstowi. Jan akurat dość często dzieli swoją opowieść jak autor scenicznego dramatu: ludzie – czy sam Jezus – są tu, są tam,  przychodzą, wchodzą, wychodzą. To wyjście Jezusa na górę Oliwną, ale powrót do niej rankiem następnego dnia sugeruje, że mamy do czynienia z nowym wątkiem. Choć pewnie nie do końca;  wszystko dzieje się ciągle podczas jednego święta. Ale przyjmijmy, że tu scena się rozpoczyna. No dobrze, ale gdzie się kończy?

W toku tej narracji  – aż do wyraźnego jej zakończenia w 10 rozdziale, gdzie zaczyna się opowieść o zupełnie innej bytności Jezusa w Jerozolimie – jeszcze kilka razy ktoś „wychodzi”, „przechodzi”, „zostaje zaprowadzony” czy „spotyka”. Wyraźnie jednak kolejne sceny są dopełnieniem poprzednich; myśl ciągle się rozwija: nauka znajduje dopełnienie w czynie, geście uzdrowienia niewidomego od urodzenia. No i poza tym pozostaje jeszcze na początku scena z kobietą cudzołożną, a na koniec przedstawienie się Jezusa jako dobrego Pasterza. Tak, w miejscu gdzie rozpoczyna się owa ostatnia mowa Jezusa w tej części dzieła Jana nie ma żadnej redakcyjnej wskazówki, jakoby w tym miejscu rozpoczynał się jakiś nowy temat.  Chyba więc trzeba odczytywać ją jako część tej długiej na dwa i pół rozdziału narracji. Ja to ogarnąć?

Pisząc o „inności” chrześcijan na szczęście nie muszę się tym egzegetycznym problemem specjalnie martwić. Nie mogę jednak nie zwrócić uwagi, że pierwszy akt tego dramatu, łagodne potraktowanie kobiety cudzołożnej, znajduje dopełnienie w ostatnim, w którym Jezus nazywa siebie Dobrym Pasterzem. Zastanawiające, prawda? Tak, Jezus jest inny, niż ci, którzy mienili się pasterzami Izraela, ale którym na owcach nie zależało; gotowi byli skazać jawnogrzesznicę na śmierć. I to dla rozgrywki z Jezusem. Ona nic dla nich nie znaczyła. A On, który uratował ją przed ukamienowaniem, dostrzega w niej osobę, człowieka; nie potępia, ale mówi: „nie grzesz więcej”.

I to chyba pierwsza rzecz, którą wypada zauważyć w tej rozbudowanej, ciągnącej się przez dwa i pół rozdziału scenie: Jezus jest tym, któremu na ludziach zależy. Naprawdę zależy. Spowodował, że ci którzy chcieli kobietę ukamienować, rozeszli się. Dostała szansę, by porzucić grzech. Ale spytajmy: czy naprawdę zależy na ludziach różnym dzisiejszym „pasterzom” tego świata?

To dość wątpliwe. Ot, głoszony przez wielu praktyczny materializm ze swoim uwielbieniem pieniądza. Czy zależy mu na ludzkim szczęściu? W żadnym wypadku. Zależy mu na pomnażaniu pieniądza właśnie, a duchowe pustki człowieka, nieraz bolesne, wcale go nie interesują. Albo hedonizm. Interesuje go człowiek? Nie, interesuje go przyjemność. A kiedy pogoń za przyjemnością sprawia, że, na przykład, człowiek wpada w nałogi, wzrusza ramionami, bo nie przewiduje dla takich ludzi koła ratunkowego. Sami sobie winni, mieli pecha... No albo opiewana przez wielu „pasterzy” wolność seksualna.  Ten ogień da ci  szczęście – głoszą. Ale gdy już pożądanie człowieka spali, nie mają mu do zaoferowania nic, prócz potępienia a czasem i więzienia za seksualne przestępstwa.... Tych ideologii, tych pasterzy nie interesuje człowiek. Interesują ich różne zasady. Nieraz idące po linii ludzkich żądz, więc niejeden łapie się na nie jak mucha na lep. Ale ostatecznie okazuje się, że prowadzą do destrukcji.

Tak jest też z innymi religiami naszych czasów. Nie obchodzi walczących o prawo do niczym nieograniczonej aborcji problem proaborcyjnego syndromu, w który wpadnie w mniejszym czy większym stopniu każda kobieta, która zdecydowała się swoje dziecko zabić. Krzyczących o prawo do eutanazji nie interesuje człowiek, a koszty jego pielęgnowania. Podobnie z tak zwanymi ekologami (nie ujmując niczego ekologom prawdziwym): człowiek tak naprawdę ich nie interesuje, interesują ich zasady. Przesada? Przecież nawet dziś, w obliczu możliwości, że zimą nie będzie jak się ludziom ogrzać, mocno naciskają, by nie zejść z drogi zastępowania dotychczasowych źródeł energii chimerycznymi źródłami (niby) zielonymi. Czy komuś będzie zimno czy nie, nie ma znaczenia....

A przecież mówimy tu tylko o doczesności. Wieczność proroków tych religii w ogóle nie interesuje, choć tak naprawdę to dla człowieka sprawa najważniejsza. Pytania o to, co po tym życiu zbywają zachętą do sięgnięcia po znieczulacze, które pozwolą postawienie tego pytania odłożyć na jak najdalsze „później”. Smutne.

Jeszcze smutniejsze, że w ten styl obojętności wobec człowieka wpisują się de facto ci chrześcijanie, którzy twierdzą, że „róbta co chceta”, bo Bóg jest dobry i wszystkich zbawi, więc nie masz się czym przejmować i nie ma powodu, byś myślał o potrzebie nawrócenia się. Tymczasem, nie stawiając granic Bożemu miłosierdziu, nie sposób nie zauważyć, że Jezus wyraźnie powiedział o zbawieniu jedynie tych, którzy w Niego wierzą. Ci, którzy twierdzą, że miłosierny Bóg zbawi wszystkich dają ludziom fałszywą nadzieję. Ich widać też tak naprawdę nie człowiek interesuje. Nie chodzi im o jego dobro, ale o to, by zyskać poklask. Czy przez to ktoś pogrąży się w duchowej pustce, nieznośnych wyrzutach sumienia albo i nie daj Boże straci życie wieczne, już się niespecjalnie dla nich liczy....

Chrześcijanin uwierzył Dobremu Pasterzowi, dla którego człowiek, także taki jak jawnogrzesznica, naprawdę się liczy. I wie – wszak zna przykazania – że on też powinien się liczyć z drugim człowiekiem. To kolejna rzecz, która odróżnia chrześcijanina od tych, którzy się Bogiem nie przejmują. Przynajmniej powinna.  Tym ostatnim wszystko jedno. Mają kaprys – to człowiek ważny. Nie mają – nie ma problemu. Dziś niby ważny szybko może okazać się śmieciem – zwłaszcza gdy nie podziela jedynie słusznych poglądów – i nikt nie będzie miał o to pretensji. Bo w hierarchii wartości którą prezentują, bliźni, jeśli w ogóle funkcjonuje,  to gdzieś na szarym końcu. A chrześcijaninowi bliźni obojętny być nie może. Wszak nakaz miłowania go jest, obok miłości Boga, najważniejszym przykazaniem. Jeśli będzie go krzywdził – nie otrzyma królestwa. Ważny powód, by powściągać swoje ego i nauczyć się mądrze kochać; nauczyć się odnajdywać siebie w dawaniu siebie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama